196: Dziecko, które „zniszczyło” związek

Wieczorne rozmowy — dodatkowe odcinki podcastu. To jest link do darmowego miesiąca subskrypcji:
https://herohero.co/pokojwglowie/invites/FRQECSTGUE

Czy dziecko naprawdę może „zniszczyć” związek — czy raczej obnaża to, co od dawna było w nim kruche? W tym odcinku wracam do tematu decentralizacji mężczyzn i pokazuję, co może wydarzyć się, gdy w relacji z „Mariuszem” pojawia się dziecko.

To opowieść o tym, jak macierzyństwo potrafi uruchomić konflikt między potrzebami dziecka a relacyjnym schematem, w którym kobieta krąży wokół partnera, regulując jego emocje i spychając siebie na dalszy plan. Przyglądam się możliwym scenariuszom: wypaleniu, samotności w związku, zdradzie, ale też temu, jak narodziny dziecka mogą paradoksalnie stać się momentem przebudzenia i odzyskiwania siebie.

To także odcinek o różnicy między decentralizacją mężczyzny a centralizacją siebie. O tym, dlaczego nie chodzi tylko o wyjście z toksycznych wzorców, ale o zbudowanie własnej tożsamości poza rolą partnerki, matki czy opiekunki cudzych emocji. Jeśli kiedykolwiek miałaś poczucie, że relacja pochłania Cię bardziej niż karmi — ten odcinek może dać Ci sporo do myślenia.

Zapraszam Cię do Klubu Jestem Całością
https://pokojwglowie.pl/klub-jestem-caloscia/ 

Mini eBook „BHP w relacjach. Jak się pochopnie nie zaangażować”
https://pokojwglowie.pl/ebook-bhp-w-relacjach/

Kurs „Emocje to kompas”.
Teraz możesz przetestować fragment kursu za darmo przez 5 dni!
https://pokojwglowie.pl/kurs-emocje-to-kompas/

Opowiada: Kasia Iwaszczuk-Pudzianowska, psycholożka
Montaż: Katarzyna Pilarska, Polskie Radio S.A. (w likwidacji)
Transkrypcja: pomocdlafirmy.pl

W materiale użyto fragmentów utworu „Secret of Tiki Island” Kevin MacLeod (incompetech.com)
Licensed under Creative Commons: By Attribution 4.0 License
http://creativecommons.org/licenses/by/4.0/

196: Dziecko, które „zniszczyło” związek

Witam w 196. odcinku podcastu „Pokój w głowie”. Dziś chciałabym porozmawiać nadal o decentralizacji mężczyzn, czyli o tym, co było w odcinku 194., tylko że chciałabym pociągnąć ten temat trochę dalej. A mianowicie zastanowić się, co by się stało, gdyby Róża, centralizująca mężczyzn i w rezultacie będąca w relacji z Mariuszem, wzięła z nim ślub i założyła rodzinę. Co się stanie, jeżeli nie zdecentralizujesz mężczyzny i będziesz mieć dzieci w tej relacji? Co się może wydarzyć? Jakie mamy możliwe scenariusze, oprócz oczywiście tego cudownego, że on przejdzie wielką przemianę, w końcu przejrzy na oczy, zrozumie i stanie się odpowiedzialnym, empatycznym człowiekiem z wglądem w siebie i dbającym o samopoczucie wszystkich dookoła. Oczywiście dbającym też o siebie, żeby innych nie obciążać. To jakie inne, bardziej prawdopodobne scenariusze mamy możliwe? Za chwilę o tym porozmawiamy.

Nazywam się Kasia Iwaszczuk-Pudzianowska i jestem psycholożką i psychoterapeutką. Od wielu lat pracuję z dorosłymi, prowadząc terapię i pomagając odnaleźć pokój w głowie.

Mariusz jest prawie jak dziecko

Zacznę od tego, że ja sobie nagrywam ten odcinek, popijając taką czarną herbatę Dilmah o zapachu czarnej porzeczki. To jest jedna z moich ulubionych, idealnych herbat. I pomyślałam sobie ostatnio, że tę samą herbatę piłam jakieś 20 lat temu, siedząc w moim pokoju w domu rodzinnym na Podlasiu, słuchając muzyki – między innymi soundtracku z filmu „Amelia” – i rozmyślając o tym, jak zdobyć Mariusza. Jakiegoś tam Mariusza, bo tych Mariuszów trochę się przewijało przez moje życie. I tak rozmyślałam o tych Mariuszach. Ciekawe w ogóle, jak życie zatacza krąg. Otóż siedzę, pijąc tę samą herbatę, i nagrywam podcast o tym, jak kopnąć w dupę Mariusza. I to jest 20 lat później. Herbatę polecam, jeżeli lubisz pić herbatę. A jeśli chcesz wiedzieć, jakie historie i procesy wydarzyły się w mojej głowie i w moim życiu między mną tamtą – 20 lat temu – i obecną, to zapraszam Cię na platformę Herohero, gdzie są dodatkowe odcinki podcastu – takie bardziej osobiste. Noszą one tytuł „Pokój w głowie – wieczorne rozmowy”. Czyli zapraszam na wieczorne rozmowy. Herohero.co/pokojwglowie. I tam są dodatkowe odcinki podcastu. Trochę od innej strony – od takiej mojej, osobistej – ujęte te różne procesy, które zawieram w podcaście „Pokój w głowie”. Nie o Róży, tylko bardziej o mnie. Czyli innymi słowy, zaplecze podcastu „Pokój w głowie”.

Wróćmy do tematu. Co się stanie, jeśli Róża z Mariuszem będą mieli dzieci? Najpierw warto też wrócić do tego wątku i trochę przypomnieć, o co chodzi z tą centralizacją i decentralizacją. Otóż mamy zakodowane w głowach – w ankiecie na Instagramie ponad 60 proc. z Was zaznaczyło, że centralną postacią w rodzinie jest mężczyzna, czyli ojciec. I wszyscy mają się emocjonalnie dostosować do jego złości, do jego pór posiłków. Takie macie wspomnienia z dzieciństwa. Jak tata wkurzony, to chodzić na palcach albo chodzić na palcach, żeby taty nie zdenerwować. Wszyscy jedzą o porze, kiedy tata wraca z pracy itd. On i jego emocje są najważniejsze i on się może wkurzać, a inni mają się nie wkurzać, żeby mu nie przeszkadzać. Jego mogą ponosić emocje. Może być agresywny. Inni mają nie być agresywni, bo jemu to przeszkadza. I my mamy wyryty w głowach ten schemat – taką centralizację mężczyzny – i w rezultacie obecnie wiele kobiet, może i świadomie, nie chce tego wzorca powielać, ale jednak pisze się znowu na taką centralizację mężczyzny. I właśnie na tym polega relacja między Różą a Mariuszem, gdzie jego emocje są najważniejsze. On zamyka się w tym kiblu, siedzi tam, ile chce, a ona po prostu czeka. I oczywiście jak go zdecentralizuje, to sobie pójdzie. Albo jak sobie pójdzie, to może sobie zdecentralizować mężczyznę – przy okazji Mariusza – i wtedy nigdy tam nie wróci. Natomiast jak nie zdecentralizuje, to taka Róża na miejsce Mariusza wstawi sobie z powrotem tego samego Mariusza albo jakiegoś kolejnego Mariusza, który będzie chciał zarządzać nią, jej życiem, jej światem, a ona będzie się z tego pseudo-cieszyć, będzie to akceptować i będzie mu dawała do tego prawo, mimo że pewnie gdzieś tam w głębi będzie cierpieć.

Teraz wyobraźmy sobie, co będzie, jeśli ona go nie zdecentralizuje, ale jednak w jakiś sposób pozostaną w relacji. Będą wierzyli, że to tak ma być, że ta relacja jest dobra. A może nawet naprawdę będą jakoś tam nieźle się czuć w tej relacji, bo wszystko przecież działa zgodnie ze schematem. On będzie zarządzał. On będzie mówił jej, jak ma się czuć. On będzie jej mówił, jak ma myśleć i kiedy ma się denerwować. Właściwie to jego emocje będą oczywiście najważniejsze. I zobaczcie, że w rezultacie ona traktuje tego Mariusza jak dziecko. Prawda? Bo my sobie możemy w ten sposób traktować dziecko, które nie umie sobie poradzić z emocjami. Dajemy mu prawo na jakieś zachowania, wierząc jednak, że te zachowania są tymczasowe i że nauczymy go kontrolować siebie bardziej. Dajemy prawo np. trzylatkowi, żeby rzucił zabawką. Dajemy prawo pięciolatkowi, żeby był nieświadomy, dlaczego coś czuje i co w ogóle czuje. Natomiast od dorosłych ludzi oczekujemy więcej. Dzieci są w procesie. One się rozwijają. Tutaj możemy mieć nadzieję na progres, który zresztą najczęściej po prostu nastąpi. Nawet jeżeli my nie będziemy za bardzo się starać, to i tak dziecko z założenia się rozwija. Mariusz natomiast jako dorosły człowiek już pewnie się nie rozwinie, jeżeli gdzieś tam utknął w tym toi toiu – musiałby wydarzyć się cud, żeby on przeszedł przemianę.

Blask Mariusza przyćmiony dzieckiem

I teraz co? Wyobraźmy sobie, że ten centralny Mariusz, scentralizowany, który jest Słońcem w życiu Róży, a ona z kolei buduje swoją tożsamość na relacji z nim – widzi siebie jako żonę męża, jako planetę krążącą wokół niego, jako postać, która jego reguluje, spychając swoje potrzeby na dalszy plan. I pojawia się dziecko, które tak naprawdę wymaga centralizacji. Ono, żeby mogło przetrwać, wymaga tego, żeby je scentralizować. Ale nie chodzi mi tutaj o taką centralizację, jak między Różą a Mariuszem, gdzie Róży się wydaje, że on i w ogóle sama relacja z Mariuszem jest elementem jej tożsamości. Czyli mamy tutaj taką tożsamościową centralizację. Natomiast jeśli chodzi o dziecko, to raczej konieczna jest centralizacja funkcjonalna, czyli muszę podjąć różne działania, czasami odpuszczając różne działania względem siebie samej, żeby to dziecko mogło przetrwać. Bo nie powiem noworodkowi: ty sobie teraz poleż, bo ja mam ochotę skoczyć na miasto się zrelaksować, bo inaczej to już nie wyrobię. Prawda? Najpierw musimy temu noworodkowi zapewnić opiekę, a dopiero potem ewentualnie skoczyć na miasto. Czyli to dziecko jednak musi być priorytetem, bo inaczej zginie. I w życiu Róży pojawia się takie dziecko, które musi być jej priorytetem. A wcześniej priorytetem był Mariusz.

Więc mamy tutaj właściwie kolizję priorytetów. Mariusz konkuruje z dzieckiem. Róża może dać z siebie 500 proc. energii, wypruć z siebie flaki i starać się być tak świetną partnerką, jak wtedy, no i jeszcze świetną matką i panią domu. I chyba dosyć dużo kobiet tak próbuje funkcjonować, co jest między innymi „świetną” drogą do depresji poporodowej, kiedy mamy strasznie wysoko podniesioną poprzeczkę co do tego, co powinnyśmy i co musimy. Czyli przykładowo, przychodzą goście zobaczyć bobaska, to taka Róża ogarnia kawkę, herbatkę, ciasto, gotuje obiad tym gościom. Gości, gości. Oni czują się ugoszczeni i oglądają bobaska. A Mariusz oczywiście towarzyszy gościom i ich zabawia, podczas gdy ona podaje żarcie, sprząta po posiłku i tak naprawdę też ogarnia to dziecko, kiedy trzeba go nakarmić czy zmienić pieluchy. Czyli Mariusz jest jak takie trochę starsze dziecko, które samo się wysika do kibla, ale jeśli chodzi o samopoczucie emocjonalne, to potrzebuje jednak Róży, żeby było okej.

I teraz idziemy w możliwe scenariusze. Co będzie dalej? Jeżeli funkcja, jaką pełni Mariusz w życiu Róży, koliduje z funkcją, którą pełni dziecko w życiu Róży, to tak jak mówiłam, albo ona będzie próbowała dawać z siebie 500 proc. normy i w rezultacie bardzo szybko wyczerpie swoje wszystkie zasoby, będzie wykończona i będzie wymagała fachowej pomocy, bo raczej Mariusz jej nie pomoże. To jest opcja nr 1. Róża dozna wypalenia, wyczerpania, totalnego przemęczenia jeszcze zanim skończy się połóg.
Opcja nr 2. Mariusz odsunie się od Róży, ponieważ będzie się czuł nieważny, zepchnięty na dalszy plan. Będzie jej mówił: zaniedbałaś się, już nie jesteś taka, jak kiedyś, zmieniłaś się, tylko o tym dziecku myślisz, masz kij w dupie. Będzie ją krytykował, że ona nie zajmuje się nim tak, jak kiedyś, tylko zajmuje się dzieckiem.
Opcja nr 3. Mariusz będzie ją krytykował, a może nawet nie będzie – po prostu będzie milczał, odsunie się i znajdzie sobie jakąś kochankę. Bo Róża urodziła dzieci i jej odwaliło. Już po prostu przestała być kobietą, tylko jest tą matką. Ona oczywiście funkcjonuje jak samotna matka. To jest pewnie jeszcze gorsze niż być matką singielką, bo oprócz tego, że sama musi wszystko ogarniać, to jeszcze musi ogarniać tego Mariusza. A matka singielka nie musi Mariusza ogarniać, tylko siebie, dziecko i ich dom. Więc Mariusz po prostu sobie pójdzie gdzieś indziej szukać szczęścia i bycia scentralizowanym – bycia czyimś Słońcem, czyjąś gwiazdą, bycia dla kogoś ideałem, bo tutaj już jednak zszedł na dalszy plan. Przysłoniło go jakieś dziecko. Oczywiście jest to jego dziecko, tylko że on czuje się przez to dziecko zagrożony, tak jakby to było jakieś cudze, złowrogie dziecko. I on był w wieku tego dziecka. Prawda?

Wyobraźmy sobie, że mamy matkę z małym dzieckiem i ta matka nagle przygarnia nie wiadomo skąd jakieś inne dziecko i koncentruje na nim całą swoją uwagę. Wtedy poczucie odtrącenia, poczucie bycia nieważnym, jest totalnie adekwatne do sytuacji, jeżeli chodzi o to jej własne dziecko biologiczne. I Mariusz właśnie tak się czuje. Czuje się nieważny, odtrącony i jest na nią po prostu wkurzony, wściekły. I jeszcze potem idzie te różne okropieństwa opowiadać swojej kochance, bo przecież mężczyzna zazwyczaj opowiada kochance jakieś karykaturalne głupoty na temat swojej żony. A opcja trzecia jaka jest? Opcja trzecia jest taka, że Mariusz przestanie być potrzebny Róży, ponieważ jeśli ona wcześniej budowała swoją tożsamość na relacji z nim, to znaczy, że niedokładnie wie, kim ona sama jest. I może tę swoją tożsamość teraz zlać z tożsamością dziecka i po prostu zostać matką. Już nie być Różą-partnerką, taką partnerką-planetą krążącą wokół Mariusza, tylko matką-planetą krążącą wokół dziecka czy matką-helikopter. I właściwie to ona sama może tego Mariusza spławić, bo już nie jest jej do niczego potrzebny, bo ona już gdzie indziej znalazła swoją tożsamość, a Mariusz przestał dla niej istnieć.

Scentralizować siebie

Każda z tych opcji jest smutna tak naprawdę. Dlatego najlepszy moment na odnalezienie siebie, na zbudowanie swojej tożsamości, jest wtedy, kiedy jesteśmy dorośli, już niezależni od rodziców, ale jeszcze nie zakładamy rodziny. Czyli singielstwo najlepiej. Jeszcze nie tworzymy związku. Oczywiście nigdy nie jest za późno. I nawet kiedy już zaczęliśmy robić takie rzeczy, których żałujemy, to naprawdę można sobie zadać pytanie: „skąd mogłam wiedzieć?”. Więc nigdy nie jest za późno. A dzieci? Cóż, one zawsze docenią, nawet jeżeli rodzic pracuje nad sobą i poszedł na terapię w momencie, kiedy te dzieci już są dorosłe. I nawet kiedy już pozakładały swoje rodziny. Myślę, że dziecko do końca zawsze ma nadzieję, że rodzic przejdzie jakąś przemianę, zrozumie pewne rzeczy, zadba też o siebie i będzie umiał być szczęśliwy. Więc swoją tożsamość najlepiej odszukać, określić jeszcze w singielstwie, ale nigdy nie jest za późno. Nigdy nie jest za późno, żeby iść po pomoc w tej kwestii, poszukać siebie, poszukać też terapeuty dobrego, który będzie jakoś tam nam pasował, będzie kompatybilny.

Co ciekawe, tak sobie myślę teraz, że tutaj zdecentralizować mężczyzn to jest jedno, ale druga rzecz, która nawet jest trudniejsza, to pewnie scentralizować siebie. Bo można tych mężczyzn zdecentralizować, ale cóż, jeśli wstawimy potem w centrum dziecko czy dzieci. To nie jest jakby długodystansowe rozwiązanie, bo dziecko będzie w centrum przez jakiś czas. Funkcjonalnie tak naprawdę będzie scentralizowane, czyli że ja muszę robić różne rzeczy. Wiem, że jestem oddzielną osobą. Wiem, kim jestem. Poznaję też moje dziecko. Poznaję, kim ono jest. Ale wiem, że tymczasowo muszę robić różne rzeczy, ponieważ ono jest ode mnie zależne. W takiej sytuacji nie mam pewnie jakiegoś wielkiego trudu w puszczeniu tego dziecka i życiu swoim własnym życiem. Stopniowo oczywiście – krok po kroku. Natomiast kiedy zlewam swoją tożsamość z tożsamością dziecka, to ja nigdy nie będę chciała go wypuścić, bo będzie mi się wydawało, że to jest część mnie.

Zatem warto jednak spotkać się ze sobą, porozmawiać ze sobą, odkrywać siebie, poznawać siebie, sprawdzać siebie też w różnych sytuacjach, zagłębiać się w swoje odczucia, trochę popatrzeć, co nam intuicja podpowiada, co czuję, na co się godzę, na co się nie godzę, kiedy czuję złość, czego się boję, co mi daje spokój, co mi daje poczucie spełnienia, satysfakcji. To wszystko jest do zbadania tak naprawdę, jeżeli jeszcze nie wiesz, kim jesteś, a chcesz określić swoją tożsamość – chcesz odkryć siebie na nowo, tę prawdziwą siebie, która siedzi gdzieś tam w środku, przygnieciona przez różne przekonania i normy społeczne. Chociażby przekonanie o tym, że mężczyzna jest w centrum.

Dziękuję za przeczytanie tego odcinka. Zasubskrybuj sobie koniecznie podcast „Pokój w głowie” w swojej ulubionej aplikacji podcastowej albo na YouTube, jeżeli słuchasz na YouTube, żeby nie przegapić kolejnych odcinków. A jeśli masz ochotę, to zajrzyj sobie na stronę pokojwglowie.pl. Tam znajdują się linki do mediów społecznościowych i transkrypcje odcinków podcastu. I tak jak wspominałam wcześniej, zapraszam na platformę Herohero po dodatkowe odcinki podcastu „Pokój w głowie”, „Pokój w głowie – wieczorne rozmowy”.

Koszyk