195: Miałam na imię Róża… (historia o odpuszczaniu)

Wieczorne rozmowy — dodatkowe odcinki podcastu. To jest link do darmowego miesiąca subskrypcji:
https://herohero.co/pokojwglowie/invites/FRQECSTGUE

W tym odcinku czytam niezwykłe opowiadanie napisane przez słuchaczkę podcastu — historię o Róży, Mariuszu, śmieciach, które udają prezenty, i o momencie, w którym coś pęka… i zaczyna się wolność.

To opowieść o odpuszczaniu, ale nie takim, które jest rezygnacją z siebie. Przeciwnie — o odpuszczaniu iluzji, narcystycznej narracji, walki o coś, czego nigdy nie dało się uratować. O chwili, w której zaczynamy nazywać śmieci śmieciami, zamiast romantyzować to, co nas rani.

To także odcinek o odzyskiwaniu własnego języka, własnej tożsamości i własnego imienia. O tym, jak z bycia „Różą” krążącą wokół czyjegoś świata można wrócić do bycia sobą. I dlaczego wyjście z toksycznej relacji często zaczyna się nie od odejścia, ale od wewnętrznego przewartościowania znaczeń.

Będzie o decentralizacji Mariusza, o odzyskiwaniu centrum siebie, o śmiechu, który pojawia się w miejscu dawnego cierpienia i o górach, które bywają metaforą wolności.

To jeden z tych odcinków, w których dużo jest wzruszenia, ale też przewrotnego humoru. I być może usłyszysz w tej historii kawałek własnej drogi.

Zapraszam Cię do Klubu Jestem Całością
https://pokojwglowie.pl/klub-jestem-caloscia/ 

Mini eBook „BHP w relacjach. Jak się pochopnie nie zaangażować”
https://pokojwglowie.pl/ebook-bhp-w-relacjach/

Kurs „Emocje to kompas”.
Teraz możesz przetestować fragment kursu za darmo przez 5 dni!
https://pokojwglowie.pl/kurs-emocje-to-kompas/

Opowiada: Kasia Iwaszczuk-Pudzianowska, psycholożka
Montaż: Katarzyna Pilarska, Polskie Radio S.A. (w likwidacji)
Transkrypcja: pomocdlafirmy.pl


W materiale użyto fragmentów utworu „Samba Isobel” Kevin MacLeod (incompetech.com)
Licensed under Creative Commons: By Attribution 4.0 License
http://creativecommons.org/licenses/by/4.0/

195: Miałam na imię Róża… (historia o odpuszczaniu)

Witam w 195. odcinku podcastu „Pokój w głowie”. Dziś chciałabym Wam przeczytać opowiadanie jednej ze słuchaczek podcastu. Słuchała ona podcastu „Pokój w głowie”, przeczytała mój mini e-book o BHP w relacjach i o tym, jak się pochopnie nie zaangażować. I napisała do mnie maila. Napisała, że coś w niej pękło i postanowiła napisać opowiadanie, które ostatecznie dało jej wolność. To opowiadanie mi przysłała i za chwilę Wam je przeczytam.

Nazywam się Kasia Iwaszczuk-Pudzianowska i jestem psycholożką i psychoterapeutką. I od wielu lat pracuję z dorosłymi, prowadząc terapię.

Aha, jeśli od niedawna słuchasz podcastu „Pokój w głowie”, to koniecznie go sobie zasubskrybuj na YouTube – zasubskrybuj kanał – albo zasubskrybuj sobie podcast w swojej ulubionej aplikacji podcastowej, aby nie przegapić kolejnych odcinków.

Historia z happy endem

Dobra, to lecimy w stronę tego opowiadania. Bo czytając je, szczerze się ubawiłam w pewnym momencie. I ogólnie też jest ono dla mnie wzruszające, że ktoś ułożył opowieść o Róży i Mariuszu – o tych postaciach, które pochodzą z mojego podcastu. Więc Róża i Mariusz oczami innej osoby. Opowiadanie nosi tytuł „Jestem Różą”.

„Jestem Różą. Kiedy się urodziłam, miałam inne imię, ale z biegiem czasu stałam się Różą. Jedną z wielu w ogrodzie życia. I spotkałam na swojej drodze Mariusza. Był idealny. Dokładnie taki, jakiego nie potrzebowałam. Więc chłonęłam go całą sobą. Walczyłam zażarcie. Usprawiedliwiałam, koiłam, podnosiłam, tuliłam, bo jestem również licencjonowaną ratowniczką. Tego, czego nie powinno i czego nie da się uratować. Mam naprawdę ogromne doświadczenie w tym temacie. Ale wracając do Mariusza. Oj, działo się na przestrzeni lat, ale to, o czym chcę opowiedzieć, dotyczy tego, co dostałam od Mariusza, bo on dał mi naprawdę wiele prezentów, np. zardzewiałą skrzynkę niczego, kilka worków śmieci, dziurawe, plastikowe wiaderko bez rączki, spróchniały badyl. Trafił się nawet obity, przypalony garnek i sterana rolka papieru toaletowego, która wypadła mu z toi toia, przewiązana dość mocno zużytą, czerwoną wstążeczką. Ależ ja byłam zachwycona tymi prezentami. Co prawda na początku zaskakiwały mnie i nawet czułam lekkie zażenowanie, ale Mariusz wręczał mi je z taką radością i pewnością siebie. Przekonywał, że świadczą o jego kreatywności, spontaniczności, bezinteresowności i tylko tak wyjątkowa osoba jak ja potrafi je docenić, bo jestem drugą osobą w jego życiu, z którą ma taką relację. I ja naprawdę czułam się wyjątkowa, czekając pod toi toiem, oparta o ogromny wór śmieci, który dostałam od niego w prezencie i na który patrzyłam z czułością, wiedząc, że tylko ja potrafię dostrzec wyjątkowość tego prezentu.

I w pewnym momencie coś zaczęło we mnie pękać. Kiedy wróciłam ze spaceru na świeżym powietrzu, poczułam, że z prezentów od Mariusza zaczyna unosić się coraz bardziej nieprzyjemna woń. Ale potem znów do niej przywykłam – do tego lekkiego, nieprzyjemnego smrodu nieświeżości – i znów przestałam go czuć. Któregoś dnia wzięłam do ogrodu dziurawe wiaderko, żeby przynieść w nim ziemi do kwiatów, które chciałam posadzić na balkonie Mariusza. Niestety, ponieważ wiaderko było dziurawe, cała ziemia wysypała się po drodze, a popękany plastik wykruszył się i odłamek zranił mnie dość mocno w rękę. Mariusz niestety nie miał czasu o tym ze mną porozmawiać, bo spieszył się bardzo do toi toia i rzucił przelotnie, że wrócimy zaraz do tematu. Cierpliwie czekałam i pukałam do toi toia, ale on po długim milczeniu skwitował, że myślał cały czas o tym, co mu powiedziałam, że zamek znów zaciął się od wewnątrz tego przybytku i dlatego musiał spędzić tam tak długi czas. Prawdziwy dramat. Moja ręka krwawiła i spuchła, bo wdała się infekcja. Ale byłam przekonana, że to nic w porównaniu z tym, co przeżywał Mariusz w swoim toi toiu. O, jakże mu współczułam. Jaki to dzielny i wytrwały mężczyzna.

Któregoś dnia moja przyjaciółka podesłała mi ciekawy podcast o Róży i Mariuszu. O, jakie to zabawne – pomyślałam. Też mają takie imiona jak my. Posłucham. I słuchałam, i słuchałam, słuchałam. Czytałam. Myślałam. Bolało. Bolało. Bardzo bolało. Aż przyszedł taki dzień, że wstałam spod toi toia i ruszyłam w góry. Ale nie za daleko, bo przecież nie mogę stracić z zasięgu wzroku toi toia, w którym siedzi Mariusz. Wzięłam nawet do plecaka lornetkę, gdybym odeszła za daleko. I kiedy w końcu wróciłam do domu, żeby odpocząć, zadzwonił dzwonek. Otworzyłam drzwi, a w progu stał Mariusz – uśmiechnięty, z błyskiem w oku, a w ręku trzymał jakiś pakunek. Średniej wielkości pudełko, opakowane w różowy papier i związane czerwoną wstążką, troszkę przybrudzoną i miałam wrażenie, że są na niej tłuste plamy. Mariusz, bez przywitania, rozpromieniony oświadczył, że ma dla mnie prezent i wręczył mi trzymany pakunek. Byłam bardzo zaskoczona, bo dotąd nigdy nie dostałam od niego zapakowanego prezentu. Kiedy wcześniej wręczał mi dziurawe wiaderko i worki ze śmieciami oraz zardzewiałą skrzynkę niczego, tłumaczył mi, że pakowanie prezentów to marnotrawstwo czasu, tylko snoby to robią i tym podobne. Jaki jest mądry i oryginalny – myślałam wtedy.

I w tym momencie ten prezent mnie poruszył. Był inny. Nieważne, że czerwona wstążka była pobrudzona i poplamiona. Prezent był zapakowany w różowy papier. Lubię ten kolor. Mariusz pamiętał. Mój bohater. Ten ucisk w żołądku. Cóż to może być w środku? Lekka ekscytacja z jednej strony, ale też jakiś dziwny niepokój. Czas rozpakować prezent. Cóż on może kryć? Kocham dobre książki. Może jakiś fajny kryminał? A może jedna z tych bardzo mądrych książek, które tak chłonie Mariusz? A może perfumy? O tak, perfumy lubię. Zwłaszcza zieloną herbatę. Rozplątuję czerwoną, przybrudzoną i poplamioną kokardę. Ostrożnie rozrywam różowy papier. Rozcinam pudełko, a właściwie pudełko jest jakieś takie wilgotne. Papier rozwarstwia mi się pod palcami. Rozpada się. Dziwne. A może nie? Zaskoczenie jest lekkie i szybko mija. I nagle słyszę swój śmiech. Tak, to ja się śmieję. Tak z głębi serca. Jestem naprawdę rozbawiona. I kiedy podnoszę głowę, widzę zaskoczoną minę Mariusza oraz znany mi lekki wyraz niesmaku i krytyki. Taki, kiedy mówił mi, że jestem wyjątkowa i równocześnie robiłam wszystko bardzo dobrze, ale bardzo, tak bardzo źle. I byłam najlepsza i jedyna, ale w tym samym momencie nie dorównywałam wszystkim dookoła. I byłam taka pospolita, bez wyrazu – zawsze za mało dobra, niewystarczająca.

Ale prezent, ten wyjątkowy, w zbutwiałym pudełku kryje wyjątkowe skarby. Mariusz mówi, że długo zbierał je dla mnie – kolekcjonował. Żebym tylko wiedziała, ile wysiłku włożył w to, by je dla mnie przetrzymać. A ja patrzę i nie mogę uwierzyć w to, co widzę i słyszę, myślę, czuję. Zaczynam szanować siebie. Patrzę na prezenty z rozpadającego się pudełka. Papierek po cukierku. Mariusz mówi, że kryje się za nim głęboka, poruszająca historia jego podróży do sklepu spożywczego. Gdybym tylko wiedziała, jaki pyszny był ten cukierek. Zostawił mi ten papierek, żebym wiedziała, jaki cukierek mam sobie kupić. Może mi nawet podać adres sklepu, bo jest bardzo życzliwy i pomocny dla ludzi. Aha – zdążyłam wykrztusić. Ale Mariusz mówi dalej. Lubi dużo mówić. Kolejny prezent. Ogryzek po jabłku. Lekko już spleśniały. To jego heroiczna walka. Gdybym tylko wiedziała, ile trudu kosztowało go przechowywanie tego ogryzka dla mnie, gdy mnie nie było, bo pałętałam się gdzieś tam, nie wiadomo gdzie. Gdybym wróciła wcześniej, ogryzek nie zdążyłby spleśnieć. To lekcja dla mnie na przyszłość. Jest jeszcze rozbity kubek z ostrymi kantami, który napawa mnie przerażeniem, bo można naprawdę zrobić sobie nim krzywdę. Zdezelowany resorak bez prawych drzwi. I dziurawa, brudna skarpeta. I jeszcze coś. I jeszcze coś. Za każdą z tych rzeczy kryje się niesamowita historia.

Przestaję słuchać. Patrzę i nagle znów czuję rozbawienie. Śmieję się. Przerywam Mariuszowi i mówię:
Mariusz, ale to są śmieci. Nie daje się ludziom w prezencie śmieci. Śmieci wyrzuca się do kosza.
I widzę oburzenie Mariusza. Mówi, że nic nie rozumiem. Nie jestem w temacie. To nie śmieci – to historie. I w ogóle mówi, że ja mówię nie na temat. Nie jestem eko. I gdybym była kreatywna, miała hart ducha, to bym walczyła o te śmieci.
No właśnie, powiedziałeś Mariusz: śmieci! -odpowiadam mu. Milczenie. Mariusz odwraca się oburzony. Odchodzi obrażony. Oddycham. Jak dobrze. Czuję świeży powiew. Tak pachnie powietrze. Uśmiecham się. Wrzucam śmieci do śmietnika. Biorę plecak, wyciągam z niego lornetkę i w jej miejsce wkładam tabliczkę gorzkiej czekolady i latarkę czołową, termos z gorącą herbatą. Wyrzucam też z plecaka ogryzki i zardzewiałą skrzynkę niczego. I cieszę się, że mam w niej więcej miejsca na skarby, które mogę znaleźć po drodze. I ruszam w góry.

I nagle dzwoni przyjaciółka, która podesłała mi fajny podcast. Mówi, że ma ochotę pochodzić trochę po górach, bo rozmawiała ze swoim kolegą Albertem, który wrócił z Dolomitów i zrobił jej takiego smaka na góry, że teraz nie może usiedzieć w domu.
Wiesz – mówię – tak się składa, że właśnie wybieram się w góry.
Super – odpowiada.
Idziemy.
– Idziemy.
– Wiesz
– mówię jeszcze do niej – mam na imię Anna.”

Podziel się swoją historią

Cudowne jest to opowiadanie, prawda? I chciałam powiedzieć, że ono idealnie pokazuje nasze uzależnienie od znaczenia, a nie od człowieka – od narracji, jaką Mariusz prowadzi, a nie od samego Mariusza i tego, kim on realnie jest. Bo każdy Nariu… Mariusz. Może „Nariusz” to jest nawet niezła ksywka, co nie? Narcystyczny Mariusz. Więc każdy Mariusz chociaż trochę narcystyczną narrację prowadzi. Ja nie mówię o tym, że oni mają wszyscy jakieś zaburzenia osobowości, tylko że te narracje są właśnie trochę narcystyczne, czyli pokazujące tegoż Mariusza w lepszym świetle, niż mówiłyby o tym jego czyny. I zobaczcie, że wyjście z toksycznej relacji zaczyna się nawet nie od fizycznego odejścia, tylko od odzyskania swojego języka, którym mówimy. Czyli śmieci nazywam śmieciami, kiedy one są śmieciami. Nie nazywam ich prezentami. Póki nazywam je prezentami, to uczestniczę w tej narcystycznej narracji „Nariusza” Mariusza.

A tak naprawdę – już mówiłam to ostatnio – decentralizacja mężczyzn jest bardzo ważna. Decentralizacja Mariusza. I kiedy wywalasz takiego Mariusza z centrum swojego życia i wstawiasz tam samą siebie, to Ty odzyskujesz i przebudowujesz tożsamość. I tak się stało, zobaczcie, z bohaterką tego opowiadania. Ona najpierw miała na imię Róża, bo była planetą krążącą wokół Mariusza. Kiedy odeszła od Mariusza, poszła w góry i sama znalazła się w centrum swojego życia, odzyskała swoją tożsamość. Dlatego na końcu nie miała na imię Róża, tylko Anna. I z tego, co wiem – z wiadomości, które przysłała mi autorka tegoż opowiadania, to jest to historia oparta na faktach. Ona rzeczywiście uwolniła się z relacji „mariuszowej” i odzyskała siebie. I to jest najpiękniejsze i wzruszające. I wiem, że wiele z Was też się uwalnia, korzystając między innymi z podcastu „Pokój w głowie”, z takich „mariuszowych” relacji. Jeżeli masz ochotę, to opisz mi swoją historię i przyślij na maila: kontakt@pokojwglowie.pl. A ja natomiast swoje historie, na bazie których w rezultacie po latach powstał podcast „Pokój w głowie”, opisuję w dodatkowych odcinkach, które nazywają się „Pokój w głowie – wieczorne rozmowy” i zamieszczam je na ten moment dwa w miesiącu na platformie Herohero. Adres tego profilu to herohero.co/pokojwglowie. Link do tego profilu i darmowej subskrypcji przez miesiąc, żeby sobie posłuchać na próbę, znajdziecie w opisie tego odcinka podcastu.

Dziękuję Ci, Anno, za piękne opowiadanie i że w ogóle zechciałaś się nim podzielić i mi je przysłać. A Wam dziękuję za wysłuchanie tego odcinka podcastu „Pokój w głowie”. Jeśli macie ochotę sięgnąć po więcej moich treści, to tak jak mówiłam, wskakujcie na dodatkowe odcinki na platformę Herohero albo może na stronę pokojwglowie.pl.

 
Koszyk