173: Dlaczego w dorosłości boimy się być sobą w relacji?

W tym odcinku opowiadam o tym, jak sposób, w jaki byliśmy wychowywani, wpływa na to, jak tworzymy relacje w dorosłości. Wracam do dzieciństwa – do czasu, gdy wielu z nas nie było poznawanych przez dorosłych, tylko kształtowanych według ich oczekiwań.

Pokazuję, jak to doświadczenie sprawia, że dziś często zamiast być sobą w relacji, próbujemy dopasować się do cudzych wyobrażeń. Mówię o tym, skąd bierze się lęk przed autentycznością, o „grzecznych dzieciach”, o miłości warunkowej i o tym, jak z tych dawnych przekazów wyrasta schemat „muszę zasłużyć, żeby mnie kochano”.

Zastanawiam się też, jak odróżnić spokój od nudy i napięcie od miłości, oraz dlaczego dojrzałe związki buduje się dopiero wtedy, gdy przestajemy udowadniać swoją wartość. Ten odcinek to zaproszenie do tego, by zatrzymać się, przyjrzeć swoim wzorcom i dać sobie prawo do bycia sobą, również w relacji.

Mini eBook „BHP w relacjach. Jak się pochopnie nie zaangażować”
https://pokojwglowie.pl/ebook-bhp-w-relacjach/

Kurs „Emocje to kompas”.
Teraz możesz przetestować fragment kursu za darmo przez 5 dni!
https://pokojwglowie.pl/kurs-emocje-to-kompas/

Opowiada: Kasia Iwaszczuk-Pudzianowska, psycholożka
Montaż: Katarzyna Pilarska, Polskie Radio S.A. (w likwidacji)
Transkrypcja: pomocdlafirmy.pl

W materiale użyto fragmentów utworu „Groove Grove” Kevin MacLeod (incompetech.com)
Licensed under Creative Commons: By Attribution 4.0 License
http://creativecommons.org/licenses/by/4.0/

173: Dlaczego w dorosłości boimy się być sobą w relacji?

Witam w 173. odcinku podcastu „Pokój w głowie”. Dziś porozmawiamy o tym, jak sposób, w jaki byliśmy wychowywani, wpływa na początki relacji, które tworzymy w dorosłości. Skoncentruję się oczywiście na tych bliskich relacjach. Konkretniej mówiąc, będę mówiła o tym, że my kiedyś w wielu przypadkach raczej nie byliśmy poznawani przez dorosłych, przez naszych rodziców, jako dzieci. Nie byliśmy odkrywani, tylko z góry nam narzucano, jacy mamy być. I w ten sposób właśnie próbujemy zafunkcjonować w dorosłości, w związkach. Próbujemy się wcisnąć w jakieś ramy, zamiast pokazać siebie i po prostu poznawać tę drugą osobę.

Nazywam się Kasia Iwaszczuk-Pudzianowska i jestem psycholożką, która od wielu lat pracuje z dorosłymi, prowadząc terapię, pomagając zadbać o zdrowie psychiczne i odnaleźć pokój w głowie.

Powróć do swojej natury

Jak już wspomniałam, kiedyś, a miejscami nadal tak się dzieje, dzieci nie były postrzegane jako odrębne osoby. Były postrzegane natomiast jako taki materiał do uformowania – według oczekiwań dorosłych oczywiście. I zamiast poznawać, kim dziecko jest, rodzice, szkoła, społeczeństwo – czyli ogółem dorośli, skupiali się na tym, kim to dziecko ma się stać. A miało stać się kimś grzecznym, pracowitym, posłusznym, dzielnym, pomocnym, skromnym, uczciwym itd. O grzecznych dzieciach już wiele razy mówiłam w odcinkach tego podcastu, ale i dziś nawiążemy do tego tematu. Więc w rezultacie, jeżeli ktoś już miał być taki grzeczny, bo właściwie uczciwy, pracowity, posłuszny, dzielny, pomocny, skromny, to wszystko zawiera się w grzeczności. Czyli ogółem dziecko miało być grzeczne – miało być posłuszne dorosłym. Czyli grzeczne. Posłuszeństwo też się zawierało w grzeczności. Rezultat był taki, że uczucia dziecka często były bagatelizowane: „nie przesadzaj”, „nic ci się nie stało”, „duzi chłopcy nie płaczą”, „nie histeryzuj” itd.

Indywidualne cechy, np. wrażliwość czy wolniejsze tempo uczenia się czegoś, marzycielskość, były korygowane. Ponieważ uznawano je za coś złego. Te dzieci odstawały od normy i trzeba było je skorygować. Nawet pisanie lewą ręką było korygowane. Zobaczcie, to wszystko działo się do tego stopnia – wszyscy mieli pisać prawą ręką. Rezultat jest taki, że dziś w społeczeństwie funkcjonuje mnóstwo dorosłych leworęcznych, którzy już w dzieciństwie zostali przestawieni na praworęczność i nawet pewnie o tym nie wiedzą, że są leworęczni. Być może jak pójdą uprawiać chociażby jakiś sport, typu gra w tenisa, to odkryją tę swoją leworęczność.

Kolejna rzecz związana z grzecznością w dzieciństwie to warunkowa miłość. Przekazy w stylu „kocham Cię, jak jesteś grzeczny”, „kocham Cię, jak masz dobre oceny”, „kocham Cię, gdy nie sprawiasz kłopotów”. Zazwyczaj aż tak bardzo wprost nie było to mówione, ale było pokazywane za pomocą różnych gestów i zachowań rodziców, np. odrzucenie, milczenie, karanie milczeniem, nieodzywanie się, obrażanie się. Nie mówiąc już oczywiście o przemocy fizycznej, która ma się nijak do miłości, jeżeli podejdziemy do tego zdroworozsądkowo.

I cóż się działo w głowach dzieci w następstwie tych wszystkich działań? Oczywiście dzieci uczyły się odcinać od siebie, od swoich uczuć, od swojej wrażliwości, od sygnałów z ciała. Uczyły się odcinać po prostu od wszystkiego, co się w ich wnętrzu działo i koncentrowały się na oczekiwaniach z zewnątrz, dopasowując się do tych oczekiwań często przeogromnym kosztem. Dzieci starały się jakoś przetrwać i zasłużyć na akceptację. Dlatego dziś tak wiele dorosłych osób musi dopiero właśnie w tej dorosłości odkrywać siebie na nowo. Musi wracać do początków, do swojej natury. Musi się uczyć, kim oni w ogóle są. Odkrywać swoje emocje, potrzeby, tożsamość, cechy, predyspozycje, talenty, zamiast realizować cudze scenariusze.

Znajomy ból

I jaki to ma wpływ na związki, które tworzymy w dorosłości? Oczywiście wpływ fundamentalny, przeogromny. To, czy w dzieciństwie mogliśmy być sobą, ma bezpośredni związek z tym, jak później budujemy relacje miłosne. Jeśli dorastaliśmy w świecie, w którym trzeba było dostosować się, by zasłużyć na miłość, trzeba było się wcisnąć w jakąś ramę, by zasłużyć na akceptację, to jakże mielibyśmy próbować inaczej funkcjonować w relacjach, które jakoś tam są powiązane z miłością i bliskością w dorosłości? Prawda? Przecież nam nawet nie przyjdzie do głowy, że to powinno wyglądać inaczej, że okej byłoby inaczej, i że ten sposób, który właśnie pamiętamy z dzieciństwa, był zły. Nie umiemy być sobą w relacji, a właściwie to na to sobie nie pozwalamy, aby być sobą. Nie mamy przyzwolenia. I tak jak już mówiłam wcześniej, nawet nie wiemy, kim jesteśmy, więc nie moglibyśmy być sobą.

Zamiast autentyczności pojawia się strategia: żeby mnie nie odrzucił, muszę być taka, jak on chce. Żeby mnie nie odrzucił, muszę być dobrą partnerką. I aktywuje się wszystko, co ja rozumiem pod pojęciem „dobra partnerka” czy „dobra żona”. A niestety ta „dobra partnerka” i „dobra żona” bardzo mocno jest powiązana z grzeczną dziewczynką, grzecznym dzieckiem, czyli opiera się na wykonywaniu jakichś czynności bez względu na swoje potrzeby, predyspozycje i samopoczucie. Myślimy sobie też, że na miłość trzeba zasłużyć. Tak jak w dzieciństwie: znosimy brak szacunku, emocjonalny dystans, jakieś karanie ciszą, krytykę, bo w głowie wciąż działa stary schemat. I jeśli bardziej się postaram, to w końcu mnie pokocha. Jeśli bardziej się postaram, to w końcu mnie zauważy. Jeśli bardziej się postaram, to w końcu mnie doceni.

Mylimy spokój z nudą, a napięcie z miłością. Dla osoby wychowanej w emocjonalnej nieprzewidywalności ciepło i stabilność mogą wydawać się nijakie, takie rozciapciane, bez iskry. A chaos jest znajomy i pociągający. Chaos, czyli uwaga drugiej osoby, którą nigdy nie wiem, kiedy stracę. Takie ciągłe wahania na plus i na minus – totalnie dla mnie nieprzewidywalne, które popychają mnie oczywiście do jeszcze większego starania się o to, żeby przywrócić ten pozytywny stan, czyli kiedy mam uwagę i mam ciepło z drugiej strony. A gdy ją tracę, to nie wyciągam wniosków na temat tego, że ten ktoś może sobie nie radzi z emocjami, reaguje jakoś dziwnie i w destrukcyjny sposób, tylko oczywiście wnioski wyciągam na temat siebie i tego, że nie postarałam się, nie zasłużyłam. Za każdym razem, kiedy druga strona się odsuwa, ja odpowiedzialność za to biorę na siebie.

Tak jak w dzieciństwie. Wielu z nas, kiedy rodzic się odsuwał, braliśmy odpowiedzialność na siebie jako dzieciaki. Wydawało nam się, że coś zrobiliśmy źle, coś przeskrobaliśmy. Myślę, że w bardzo wielu sytuacjach mieliśmy poczucie winy, a nawet nie wiedzieliśmy, co się stało. Mieliśmy poczucie winy za nie wiadomo co. Mieliśmy poczucie winy za to, że rodzic jest zimny i zdystansowany. Poczucie winy i jednocześnie, jak wspomniałam, poczucie odpowiedzialności. No bo przecież poczucie winy wiąże się z poczuciem odpowiedzialności.

Kolejną konsekwencją takiego narzucania dzieciom, kim mają być, zamiast je poznawać, jest to, że trudno jest nam rozpoznawać potem, w dorosłości, swoje potrzeby, ponieważ od dziecka uczono nas, jak je tłumić. Od dziecka uczono nas też, że ważniejsze są cudze potrzeby, czyli np. rodziców. W związku czujemy się więc często przeciążeni, niesłyszani, a mimo to staramy się bardziej. A jesteśmy niesłyszani, bo być może często nawet nic nie mówimy. Często bywa też tak, że mówimy, ale akceptujemy to, że druga strona nas nie słucha.

I wreszcie, konsekwencją narzucania dzieciom, kim mają być i wciskania ich w jakieś ramy, przypisywania im cech i predyspozycji, jest to, że w dorosłości nie umiemy odpuszczać toksycznych relacji. Bo odejście od kogoś, kogo próbowaliśmy naprawić, uruchamia ten sam ból, co kiedyś. „Nie udało mi się zasłużyć na miłość. Kiedy odejdę, to znaczy, że nie zasłużyłam na miłość, a ja nie chcę nie zasłużyć na miłość, więc nie odchodzę”. W rezultacie związki stają się lustrem tego, czego nie przeżyliśmy w dzieciństwie, czego nie doświadczyliśmy w dzieciństwie. Gdyby na to jednak spojrzeć w optymistyczny sposób, to dzieje się to wszystko w naszej dorosłości nie po to, żeby nas karać, tylko po to, żebyśmy mogli wyciągnąć wnioski, i to wreszcie nie na temat nas samych i naszej odpowiedzialności za czyjeś emocje, tylko na temat tego, jakich ludzi wybieramy, jakich mamy prawo wybrać, a jakich mamy prawo nie wybierać, jacy mamy prawo być, gdzie jesteśmy. To wszystko jest właściwie wiedza, którą musimy nabyć w dorosłości.

My musimy jednak odkryć, kim jesteśmy, nawet jeśli nikt nam na to nie pozwolił i nikt nam w tym nie pomógł, gdy byliśmy dziećmi. Bo bez tej wiedzy – bez wiedzy kim się jest, nie da się stworzyć porządnych relacji. Trwałych i bezpiecznych. A dojrzała miłość zaczyna się tam, gdzie kończy się potrzeba udowadniania swojej wartości i swojego zasługiwania na tę miłość.

Dążenie do spokoju

Dotychczas skoncentrowałam się na tym, jacy my jesteśmy, ale zauważcie, że jest też druga strona relacji. I tak jak my mamy pokazać siebie i dać się poznać drugiej osobie, to mamy też poznawać tę drugą stronę, a nie wciskać człowieka w jakąś ramę i mu narzucać, kim ma być, a kim ma nie być. I sprowadza się to wszystko właściwie do jednej prostej zasady. Żeby móc stworzyć fajną relację, to my nie możemy w nią wskoczyć po prostu w ciągu trzech dni czy tygodnia, czy nawet i dwóch miesięcy, tylko musimy dać sobie czas na wzajemne pokazywanie siebie nawzajem i poznawanie. Musimy dać sobie czas na doświadczanie siebie w różnych sytuacjach. Nie tylko gadając w kawiarence, bo w gadaniu to, wiecie, często ludzie odstają od tego, kim realnie są w czynach. Tylko warto poznawać siebie w akcji, w sytuacjach, które się dzieją. Sprawdzać w różnych wspólnych aktywnościach.

Niestety w dzisiejszych czasach ludzie poznają się np. przez aplikację randkową i zaczynają od razu funkcjonować jakby byli parą, mimo że nawet nie wiedzą, czy oni chcą mieć cokolwiek wspólnego w życiu z tą drugą osobą. Idą ze sobą na randkę, mimo że nawet nie wiedzą, czy by chcieli z tym kimś iść na randkę, gdyby wiedzieli, kim ta osoba jest. Więc dajmy sobie czas, z jednej strony, a z drugiej pokazujmy realnych siebie już na początku, żeby odsiać ludzi, którzy do nas pasują od tych, którzy nie pasują. Bo większość ludzi przecież do nas nie pasuje.

Warto zatem się zastanowić, jeżeli związki nam nie bardzo wychodzą, czy istnieją jakieś ramy, w które próbujemy się wcisnąć, kim próbujemy być i kim jesteśmy naprawdę. Jeżeli nie wiesz, kim jesteś naprawdę, to na pewno jest to coś, co warto zbadać. Warto siebie poszukać. Dobra wiadomość jest taka, że my nie mamy szukać gdzieś tam jakiegoś wzorca, tak jak mówię to przez cały ten odcinek. Nie mamy szukać jakiegoś wzorca na zewnątrz, jakim mamy się stać, na jakim mamy się wzorować, tylko mamy poszukać w swoim wnętrzu, we wnętrzu siebie, popatrzeć na swoje uczucia, na swoje sygnały z ciała, na to, kiedy czujemy spokój, kiedy czujemy niepokój, poprzyglądać się.

Tak samo w relacjach, w których czujemy spokój i w których czujemy niepokój. Dzięki temu będziemy mogli odróżnić, co jest dla nas dobre, a co jest destrukcyjne. I pamiętajcie, my nie dążymy do euforii. Właśnie dlatego mówię o spokoju. W najlepszych relacjach będziemy czuli głównie spokój – może czasami też inne pozytywne emocje, ale głównie spokój. To jest baza. Natomiast jeżeli czujemy się podekscytowani i czujemy euforię czy motyle w brzuchu z powodu jakiejś relacji, ale spokoju to tam właściwie nie ma, tylko może pod tą ekscytacją jest tak naprawdę jakiś niepokój, to raczej chyba to nie jest dobry kierunek. Pamiętajcie, miarą sukcesu w życiu jest spokojny układ nerwowy. A w tym spokojnym układzie nerwowym będą nam pomagać osoby, które wnoszą spokój w nasze życie, a nie go odbierają. Czyli nie będzie to Mariusz z toi toia. Zresztą mamy go strąconego do rynsztoka parę odcinków temu, więc już się nie zajmujmy Mariuszem, tylko tym, co dobre, czyli szukaniem spokoju.

Dziękuję za przeczytanie tego odcinka. Jeśli masz ochotę sięgnąć po więcej moich treści, to poklikaj sobie w linki w opisie tego odcinka albo zajrzyj sobie na stronę pokojwglowie.pl. Tam znajdą się linki do mediów społecznościowych, transkrypcje wszystkich odcinków tego podcastu, no i sklep z różnymi artykułami powiązanymi z treścią niniejszego podcastu.

Koszyk