174: Singielstwo, które daje spokój

W tym odcinku chciałabym opowiedzieć o singielstwie jako ważnym, często niedocenianym etapie między życiem w domu rodzinnym a wejściem w bliską relację. Singielstwo to nie „czekanie na kogoś” — to czas tworzenia swojej bazy wypadowej, budowania spokoju i poznawania siebie, zanim zaczniemy budować coś wspólnego z drugim człowiekiem.

Mówię o tym, jak doświadczenia z domu rodzinnego, tłumione emocje i destrukcyjne schematy wpływają na to, jak funkcjonujemy w dorosłych relacjach. Pokazuję, dlaczego tak często nie znamy własnych emocji, nie słyszymy sygnałów z ciała i nie mamy dobrego punktu odniesienia do oceny tego, czy relacja daje nam spokój, czy zabiera go jeszcze bardziej.

W tym odcinku tłumaczę też, czym różni się szczęście rozumiane jako euforia od szczęścia rozumianego jako spokój, i dlaczego to właśnie spokój jest fundamentem dobrego życia, zdrowej relacji i dojrzałego rodzicielstwa.

Mini eBook „BHP w relacjach. Jak się pochopnie nie zaangażować”
https://pokojwglowie.pl/ebook-bhp-w-relacjach/

Kurs „Emocje to kompas”.
Teraz możesz przetestować fragment kursu za darmo przez 5 dni!
https://pokojwglowie.pl/kurs-emocje-to-kompas/

Opowiada: Kasia Iwaszczuk-Pudzianowska, psycholożka
Montaż: Katarzyna Pilarska, Polskie Radio S.A. (w likwidacji)
Transkrypcja: pomocdlafirmy.pl

W materiale użyto fragmentów utworu „Hard Boiled” Kevin MacLeod (incompetech.com)
Licensed under Creative Commons: By Attribution 4.0 License
http://creativecommons.org/licenses/by/4.0/

174: Singielstwo, które daje spokój

Witam w 174. odcinku podcastu „Pokój w głowie”.  Dzisiaj chciałabym porozmawiać o tym, do czego nam jest potrzebne singielstwo. Singielstwo, jako taki etap pomiędzy życiem w domu rodzinnym, a stworzeniem związku, w którym mieszkamy razem lub po prostu założeniem swojej własnej rodziny. Ja już kiedyś trochę o tym mówiłam, że to jest takie przygotowanie na rodzicielstwo, na związek, że to jest taki czas zadbania o siebie. Ale dzisiaj chciałabym temat singielstwa ugryźć od nieco innej strony, a mianowicie od takiej, że jest to czas na znalezienie swojego spokoju, na znalezienie takiej swojej bezpiecznej bazy wypadowej po to, by móc sięgać po coś więcej w życiu. Natomiast ta baza wypadowa, którą sami sobie stworzymy, to taka absolutna podstawa do tego, żeby czuć się dobrze we własnym życiu. I pamiętajmy – singielstwo to też czas szukania szczęścia, ale szczęścia nie w znaczeniu ciągłego przeżywania euforii czy regularnego przeżywania euforii, tylko po prostu znalezienia spokoju. Szczęście jako spokój – dzisiaj będziemy rozpatrywać w tym odcinku.

Nazywam się Kasia Iwaszczuk-Pudzianowska i jestem psycholożką, która od wielu lat pracuje z dorosłymi, prowadząc terapię, pomagając im odnaleźć pokój w głowie i zadbać o zdrowie psychiczne.

Trudno jest się pozbyć wpojonych wzorców

Jako dzieciaki żyjemy w rodzinach, z których pochodzimy, gdzie bardzo często jest wiele nieprzepracowanych problemów, różnych destrukcyjnych schematów, niewypowiedzianych, nienazwanych traum. Z pokolenia na pokolenie są też przekazywane różne style radzenia sobie – czy też nieradzenia – z emocjami, czy też podejścia tak naprawdę do emocji. Bardzo często właśnie też jest to tłumienie emocji. Myślę, że większość współczesnych dorosłych zetknęła się choćby raz w swym życiu, jako dzieciaki, z przekazem, że mają stłumić emocje, czyli: „nie złość się, bo to brzydko tak się złościć”, „nie bój się, czego ty się boisz?”, „nie histeryzuj”, „bądź grzeczna” czy „bądź grzeczny”, „chłopaki nie płaczą”. To wszystko nas popycha do tłumienia emocji – do zamiatania ich pod dywan. Co na pewno nie jest drogą ku spokojowi, tylko raczej nam ten spokój odbiera. Stłumione emocje nie pomagają w budowaniu spokoju.

Jeśli natomiast chodzi o różne destrukcyjne schematy, o których przed chwilą wspomniałam, to np.: perfekcjonizm, porównywanie się z innymi – co za ocenę ten dostał, a co dostał tamten. I to samo porównywanie potem uprawiamy w dorosłym życiu, zawsze traktując innych ludzi, tak wybiórczo, jako punkty odniesienia w bardzo wąskich obszarach. Czyli nie porównujemy całokształtu związanego z danym człowiekiem, tylko porównujemy cudzą scenę z naszym zapleczem. Jeżeli ja z czymś sobie nie radzę, to porównuję się oczywiście z mistrzem w tej dziedzinie. Jak sobie nie radzę w innym obszarze, to już nie porównuję się z mistrzem w tamtej dziedzinie, tylko z mistrzem w dziedzinie kolejnej, w której sobie nie radzę. I tak się porównujemy, i porównujemy, i wbijamy w dół. Co właśnie jest destrukcyjne, ponieważ podcina nam skrzydła, odbiera chęć do działania i tak naprawdę do realnej poprawy sytuacji. Obniżona samoocena. Brak przyzwolenia na popełnianie błędów. Brak przyzwolenia też na uczenie się na błędach.

Z innej beczki – mamy mnóstwo destrukcyjnych schematów dotyczących bliskich relacji, antywzorce dotyczące bliskich relacji. Czyli relacje, gdy wielu z Was patrzyło na związek swoich rodziców, wyglądały tak, że oni być może nawet się nie lubili. Bardzo często była tam przemoc i alkohol. Zero komunikacji. A już na pewno nie łączyła ich przyjaźń. Więc cóż dopiero mówić o miłości. Pamiętajmy o tym, że żyjąc w takim środowisku i będąc otoczonymi ze wszystkich stron komunikatami, te wszystkie schematy są oczywistością, że tak należy funkcjonować, że tak wygląda świat, tak wygląda życie, tak wygląda życie dorosłego człowieka. Nam często w ogóle nie przychodzi do głowy, że możemy takie schematy zakwestionować – że być może możemy w naszym życiu jakoś inaczej to zorganizować. A już w szczególności nie kwestionujemy takich schematów, które wywołują spektakularne efekty. Czyli jeżeli coś nie wiąże się z przemocą, to możemy tego nie widzieć. Jeżeli coś się nie wiąże z jakimś destrukcyjnym alkoholizmem, możemy tego nie widzieć w naszej rodzinie pochodzenia.

I bardzo często mamy takie przekonanie, że jeżeli jeden rodzic robił jakieś głupoty, w stylu właśnie stosowania przemocy czy picia alkoholu, a ten drugi rodzic był uległy, to był rodzic biały i rodzic czarny – rodzic dobry i rodzic zły – i błędy popełniał ten rodzic zły, a ten rodzic dobry był okej. Ale jak się mu przyjrzeć, to niestawianie granic i nieochronienie swoich dzieci przed przemocą nie jest okej. To nie jest dobry schemat do powielania. Rozumiem, że to wszystko działo się z bezradności, z braku narzędzi, z braku wsparcia i z mnóstwa czynników, tak naprawdę, nakładających się na siebie. Ale to jakby nie zaprzecza faktowi, że schemat polegający na bierności i na takim pozwalaniu, by ludzie w naszym życiu robili, co sobie chcą – nawet jeżeli są mężem czy żoną, to nie jest dobre podejście do życia, dobre podejście do związku i że mamy ten schemat przekazywać kolejnym pokoleniom.

Więc pamiętajcie, że możemy mieć mnóstwo takich schematów, które nam nie pasują. One nawet nie muszą być obiektywnie destrukcyjne. Może dla innych osób będą okej, ale my mamy swoje życie i zasady, według których żyjemy, jednak dopasować do siebie. A żeby dopasować do siebie, to musimy się najpierw uwolnić – jakby złapać dystans w sumie do tych starych schematów z domu rodzinnego, dać sobie prawo, by je zakwestionować. Być może dojdziemy do wniosku, że część z nich zostawiamy, bo są okej i tak właśnie chcę żyć, a część z nich wywalimy totalnie, już nigdy więcej nie będziemy chcieli o nich słyszeć w swoim życiu lub trochę je przeformułujemy. To są różne opcje, prawda? Na pewno nie jest to też takie czarno-białe, że jeżeli coś było nie tak w naszym domu rodzinnym, to już nic nie możemy powielić. Bo niektóre rzeczy być może możemy powielić. Niektóre rzeczy pewnie były okej – inne nie były okej.

I po to właśnie jest dorosłość i czas singielstwa, żeby: zastanowić się „jak ja w ogóle chcę żyć? Kim jestem?”, poznać siebie, poszukać siebie, poprzyglądać się sobie, zagłębić się w swoje emocje, które dotychczas żeśmy tłumili, poprzyglądać się też sygnałom z ciała, które płyną. Ludzie bardzo często trafiają na terapię, ponieważ np. fizjoterapeuta im powiedział, że są zestresowani, a oni sami tego nie widzą i im się wydaje, że są szczęśliwi i wyluzowani. Więc nie słuchamy sygnałów z ciała, tak samo jak nie słuchamy swoich emocji. I to na pewno nie jest droga do spokoju i dobrego życia.

Spokojna baza z dala od skrajności

I teraz tak: co się wydarzy, jeżeli my nie przepracujemy tych różnych destrukcyjnych schematów, nie zakwestionujemy, nie poszukamy swojego spokoju, nie dopasujemy swojego życia do siebie i nie dopracujemy wartości, którymi chcemy się kierować, tylko tak z automatu będziemy powielać jakieś stare, czasami właśnie destrukcyjne, wzorce? Otóż prawdopodobnie wejdziemy w związek, który będzie kontynuacją tego, co działo się w naszym domu rodzinnym. Albo możemy mieć taki pomysł, że „chcę zupełnie odwrotnie”, czyli wejdziemy w związek, który być może będzie się wydawał przeciwieństwem tego, co mieliśmy w domu rodzinnym, a tak naprawdę wepchnie nas to w przeciwną skrajność. Albo tak się zafiksujemy na tym, że pewne rzeczy mają być odwrotnie, że nie będziemy dostrzegać tego, co jest pod przykrywką tych aspektów, na których żeśmy się skoncentrowali. I w rezultacie możemy się zgodzić na różne inne ukryte schematy, których wcale nie chcieliśmy. Czyli nie patrzymy wtedy na całokształt człowieka, tylko koncentrujemy się na tym, co było spektakularne, np. jeżeli w domu był przemocowy ojciec alkoholik, to szukamy kogoś, kto będzie łagodny i niepijący, bo chcemy odwrotnie. A np. nie widzimy, że on, gdzieś tam pod przykrywką tego niepicia i bycia łagodnym, też nie rozwiązuje problemów, ucieka od problemów, nie rozmawia, jest wycofany i bierny bardzo w wielu sytuacjach. Co oczywiście będzie nas stresować i odbierać spokój, tylko że my nie zauważymy, że coś nam odbiera spokój, jeżeli nigdy żeśmy do tego spokoju nie dotarli.

I chodzi właśnie o to, żeby podczas singielstwa stworzyć sobie ten spokój, by mieć taki dobry punkt odniesienia, żeby nie wchodzić w relacje, które nam ten spokój będą odbierać. Ja też dosyć często o tym wspominam. Wspominałam też o tym w mini e-booku, jak się pochopnie nie zaangażować. Clou jest takie, że bliska relacja, związek, który tworzymy, ma nas wspierać w budowaniu spokoju, plus pewnie dostarczać jakichś fajnych, pozytywnych emocji. Oczywiście czasami będą też te nieprzyjemne emocje. Natomiast na pewno nie ma on nam odbierać spokoju, bo kłótnia nie oznacza, że my straciliśmy spokój. Prawda? Możemy się gdzieś tam wewnątrz czuć jednak spokojni, a że się teraz powkurzaliśmy, to wiemy, że się dogadamy np. za trzy dni, albo jeszcze dzisiaj. I wtedy, kiedy my sobie zbudujemy już swój spokój, dotrzemy do takiego punktu spokoju, czyli do tej bazy wypadowej, o której wspominałam, to nie oddamy tego tak łatwo. Nie wejdziemy tak łatwo w relację z Mariuszem, który będzie generował chaos i jakieś durne, niepotrzebne problemy w naszym życiu. Jeśli natomiast niewystarczająco albo wcale nie przepracowaliśmy różnych destrukcyjnych schematów z naszej przeszłości, z dzieciństwa, to gdy wchodzimy z niepokojem w bliskie relacje, to nawet nie wiemy, że one nam mogą tego niepokoju czy niepewności w życiu jeszcze dokładać. No bo i tak już byliśmy na minusie. Więc też nie mamy dobrego punktu odniesienia, prawda?

Powiedzmy, że spokój to jest taki punkt zero, do którego mamy dotrzeć. Jeżeli mamy destrukcyjne schematy do pracy, wypływające z naszej przeszłości, z rodzin, z których pochodzimy – czyli rodziny mamy i rodziny taty, bo te schematy będą na siebie się nakładać – to mamy je przepracować, bo jeżeli ich nie przepracujemy, to będziemy w naszym samopoczuciu na minusie. Na minusie w takim poczuciu bezpieczeństwa i spokoju. I naszym zadaniem już jako dorosłych jest samodzielnie to przepracować, bo wiadomo, że rodzice tego już za nas nie zrobią, gdy jesteśmy dorośli, i nikt nas też nie uratuje przed różnymi rzeczami. Sami musimy odwalić tę robotę. I naszym zadaniem jest wtedy dotrzeć właśnie do tego poziomu zero, który, tak jak mówiłam, jest bazą wypadową do tego, aby sięgać po więcej, czyli iść w pozytywne emocje, czyli osiąganie jakichś sukcesów, ale nie dla euforii, tylko po to, żeby czuć się tak naprawdę jeszcze bardziej stabilnie w tym swoim spokoju na poziomie zero.

Co my natomiast robimy? Błędy, które często popełniamy. To jest tak, że jesteśmy na minusie, ponieważ tak wynika z naszej przeszłości, bo powielamy jakieś destrukcyjne schematy. Na przykład wyobraźmy sobie, że jestem na minus pięć w moim poczuciu spokoju i wchodzę w relację z Mariuszem, który generuje mnóstwo problemów. I jeżeli mi się wydaje, że minus pięć to jest okej, to zobaczcie, on musi mnie ściągnąć prawdopodobnie jeszcze do minus dziesięć albo minus dwadzieścia, żebym zauważyła, że coś tu jest nie tak. Czyli właściwie mam większą tolerancję na różne głupoty, które robi Mariusz, bo mój punkt odniesienia jest nie tam, gdzie powinien. On już jest na minusie.

Natomiast jeżeli nabędę świadomość tego, co się we mnie dzieje – nauczę się o tym, co oznaczają moje emocje, jak z nimi pracować, jak rozpoznać, że jest okej, jak poznać, że jest nie okej, co czuję w różnych sytuacjach, jak sobie z tym radzić, co mi daje spokój, co mi go odbiera – czyli jakby poznam siebie i dotrę do punktu zero w swoim życiu jako singielka, po zdystansowaniu się od tego, co wyniosłam z domu rodzinnego i przepracowaniu tego, to kiedy Mariusz pojawi się w moim życiu i nawet wygeneruje trochę niepokoju, to ja już podejdę do tego z taką dużą świadomością, ponieważ wcześniej uczyłam się na temat siebie, że prawdopodobnie nie zaakceptuję, gdy on mnie ściągnie na minus dziesięć – to już w ogóle prawdopodobnie będzie nie do akceptacji, ale być może nawet zauważę, gdy on mnie ściągnie na minus trzy albo i minus jeden, jeżeli będę naprawdę świadomą osobą. I po to właśnie jest singielstwo, żeby dotrzeć do poziomu zero i stabilnie się tam osadzić.

Sukcesem jest spokojny układ nerwowy

Natomiast jest jeszcze drugi błąd, który popełniamy, a o którym chciałabym wspomnieć. Jeżeli jesteśmy na minusie, to możemy mieć błędne przekonanie, że żeby być szczęśliwym w życiu, to trzeba dążyć do pozytywnych emocji, do euforii. Przez to nie dążymy do spokoju, tylko dążymy do ekscytacji – do jakiegoś takiego podniecenia, do tych pozytywnych emocji, ale takich, wiecie, ponad zero. I przechodzimy z minusa na plus. Potem znowu spadamy na minus i do tego zera właściwie i tak nie docieramy, bo jesteśmy albo na minusie, albo na plusie, gdzie w sumie i jedno, i drugie, jest męczące. Bo tak jak mówiłam – poziom zero to jest baza wypadowa. Nawet jeżeli osiągamy sukcesy, to po sukcesach wracamy do bazy wypadowej. Jeżeli wędrujemy gdzieś na szczyt, to po zdobyciu szczytu nie zostajemy tam na zawsze i nie umieramy, tylko wracamy do bezpiecznej bazy wypadowej. I to dopiero jest sukces. Sukces jest wtedy, kiedy wrócimy bezpiecznie, a nie wtedy, kiedy dotarliśmy na szczyt.

Dotarcie na szczyt to jest dopiero połowa sukcesu. Więc jeśli ja z minus pięć wybijam się na plus dziesięć, to potem prawdopodobnie i tak wrócę na minus, jeżeli nie mam pojęcia na temat tego, jak pozostać na zerze – w samopoczuciu zero, czyli tym bezpiecznym, stabilnym. Ale jeśli osiągnęłam zero, potrafię to pielęgnować i dbam o to zero, o tę bazę wypadową, jeśli wybiję się na plus dziesięć, to potem wracam po jakimś czasie znowu na zero, co tak naprawdę jeszcze mnie umacnia w tym zerze, sprawia, że czuję się tam stabilniej i mam większe poczucie kontroli nad tym moim poczuciem spokoju, poczuciem bezpieczeństwa i nad tym, ile ja czasu spędzę na poziomie zero. Nie jest to takie przypadkowe. Widzę większą swoją sprawczość. Mam poczucie kontroli nad tym, jak się czuję. Wiem, jak sobie dostarczyć pozytywnych emocji, bo mam też dużą świadomość.

Tak jak mówiłam, my nie dążymy do ciągłego życia w euforii i ciągłego życia na plusie, bo to też jest męczące, tylko dbamy o poziom zero, a od czasu do czasu, jeżeli czujemy wewnętrznie taką potrzebę, sięgamy po więcej, wychodzimy poza strefę komfortu – co niestety też będzie się wiązało z lękiem, czyli z minusowymi emocjami, pamiętajcie. Nie chodzi tutaj o sięganie po więcej, takie totalnie hedonistyczne, w stylu: robienie wielkich zakupów i wywalenia całego hajsu na to, żeby sobie sprawić przyjemność, tylko bardziej o rozwój. O to, co będzie taką inwestycją w nasze samopoczucie w przyszłości. Jeżeli wychodzę poza strefę komfortu w zgodzie ze swoimi potrzebami, z tym, jak ja chcę żyć i w zgodzie z jakimiś takimi długodystansowymi celami, do których dążę i wychodzę poza tą strefę komfortu mimo lęku, czyli czuję minusowe emocje, ale w rezultacie coś osiągam albo przynajmniej czuję satysfakcję, że spróbowałam, to też można nazwać sukcesem. I to jest coś, co sprawia, że w rezultacie czuję się silniejsza i bardziej stabilna na moim poziomie zero, który jest jednak zawsze celem.

I życie niestety jest takie, że zarówno związek jak i rodzicielstwo bardzo łatwo nas mogą ściągnąć w dół z poziomu zero. Bardzo łatwo mogą nadwyrężyć nasze zasoby, wyczerpać nas emocjonalnie albo też skonfrontować nas z różnymi sytuacjami, z którymi nie będziemy umieli sobie poradzić, ponieważ może nie mamy narzędzi albo nigdy tego nie doświadczyliśmy. A w najgorszym wypadku po prostu zupełnie nie słuchamy siebie i nie znamy siebie. No ale jeżeli jesteśmy już na dosyć stabilnym poziomie zero, to jakoś tam musimy siebie znać, więc będziemy się mierzyć z sytuacjami, których nigdy nie przeżyliśmy i których pewnie też się nie spodziewaliśmy. Myślę, że warto zatem zdefiniować sobie szczęście jako takie poczucie spokoju z dobrymi emocjami, przewijającymi się od czasu do czasu, i z poczuciem radzenia sobie z kryzysami, z wiarą, że sobie poradzę z kryzysami. A sukces, co już wielokrotnie powtarzałam, to spokojny układ nerwowy. Miarą sukcesu jest spokojny układ nerwowy, czyli jednak powrót ze szczytu do naszej bazy wypadowej na zero.

Życzę Wam zatem odnalezienia swego spokoju, odnalezienia swojej bazy wypadowej, zbudowania tej bazy wypadowej i życzę Wam też tego, żeby w Waszym otoczeniu byli ludzie, którzy Waszego spokoju nie będą Wam burzyć, tylko wspierać w jego budowaniu i dostarczać Wam jednak pozytywnych emocji.

Dziękuję za przeczytanie tego odcinka. Jeśli masz ochotę sięgnąć po więcej moich treści, zajrzyj sobie na stronę pokojwglowie.pl, gdzie znajdziesz linki do mediów społecznościowych i transkrypcje wszystkich odcinków tego podcastu. Albo poklikaj sobie po prostu w linki w opisie tego odcinka, bo tam są różne ciekawe rzeczy, na przykład link do mini e-booka o tym, jak się pochopnie nie zaangażować. Zasubskrybuj też podcast „Pokój w głowie” w swojej ulubionej aplikacji podcastowej po to, aby nie przegapić kolejnych odcinków.

Koszyk