180: Samowystarczalność, która zabija bliskość

W tym odcinku opowiadam o przekonaniu „muszę sobie radzić sama” i o tym, jak głęboka wiara w samowystarczalność może sabotować bliskie relacje. Opowiadam, dlaczego nawet osoby gotowe wspierać nas w codziennym życiu bywają niewidzialne dla naszego umysłu, gdy podświadomie wierzymy, że nie możemy liczyć na nikogo.

Mówię o mechanizmach dystansu, dyskomfortu przy zależności i błędnym kole samowystarczalności, które powoduje, że odrzucamy prawdziwe wsparcie i autentyczną bliskość.

To odcinek o tym, jak przełamać schemat, dać sobie prawo do proszenia o pomoc i pozwolić innym realnie uczestniczyć w naszym życiu.

Zapraszam Cię do Klubu Jestem Całością
https://pokojwglowie.pl/klub-jestem-caloscia/ 

Mini eBook „BHP w relacjach. Jak się pochopnie nie zaangażować”
https://pokojwglowie.pl/ebook-bhp-w-relacjach/

Kurs „Emocje to kompas”.
Teraz możesz przetestować fragment kursu za darmo przez 5 dni!
https://pokojwglowie.pl/kurs-emocje-to-kompas/

Opowiada: Kasia Iwaszczuk-Pudzianowska, psycholożka
Montaż: Katarzyna Pilarska, Polskie Radio S.A. (w likwidacji)
Transkrypcja: pomocdlafirmy.pl

W materiale użyto fragmentów utworu „Kool Kats” Kevin MacLeod (incompetech.com)
Licensed under Creative Commons: By Attribution 4.0 License
http://creativecommons.org/licenses/by/4.0/

180: Samowystarczalność, która zabija bliskość

Witam w 180. odcinku podcastu „Pokój w głowie”. Tym razem chciałabym porozmawiać o temacie dość często pojawiającym się podczas indywidualnych spotkań psychoterapii, a mianowicie o przekonaniu „muszę sobie radzić sama”, ale nie o tym, że musimy sobie radzić same w kontekście przyjaźni czy może relacji rodzinnych i proszenia o pomoc, tylko o tym, jak „muszę radzić sobie sama” wpływa na związki i takie najbliższe relacje, które tworzymy. Porozmawiamy też o tym, jak bardzo nie liczymy na innych ludzi, gdy mamy wiarę w przekonanie, że „muszę sobie radzić sama”.

Nazywam się Kasia Iwaszczuk-Pudzianowska i jestem psycholożką, która od wielu lat pracuje z dorosłymi, prowadząc terapię.

Świadoma weryfikacja

Przekonanie „muszę sobie radzić sama”, to jest taka nasza zasada życiowa, bardzo często niepisana. To jest przekonanie pośredniczące, patrząc przez pryzmat terapii poznawczo-behawioralnej. Pośredniczące przekonanie, czyli właśnie zasada, według której żyjemy. Z tymi przekonaniami pośredniczącymi często jest tak, że racjonalnie nawet nie zgadzamy się z nimi. Uważamy, że to jest głupie, bez sensu i nie chcemy tak funkcjonować. Coś jednak sprawia, że naszych wyborów dokonujemy nadal w zgodzie z tymi przekonaniami. Można wtedy powiedzieć, że głębokiej wiary w dane przekonanie jeszcze się nie pozbyliśmy i że może nie przeanalizowaliśmy wszystkich aspektów, wiążących się z wpływem danego przekonania na nasze życie.

I tak jest właśnie z przekonaniem „muszę sobie radzić sama”. To nam się kojarzy z proszeniem o pomoc. I kiedy już się nauczymy i damy sobie prawo prosić o pomoc, wydaje nam się, że już po sprawie – to przekonanie jest już przeszłością i nie ma ono więcej wpływu na nasze życie. Jednak często okazuje się, że ma – i to większy niż dostrzegamy. Ponieważ bardzo głęboka wiara w to, że „muszę sobie radzić sama”, wpływa na jakość naszych relacji i na to, jakimi ludźmi się otaczamy. Jeżeli wierzę bardzo głęboko, że muszę sobie radzić sama, to z lekkością będę się otaczać ludźmi, na których nie można liczyć, ponieważ przecież i tak sobie muszę radzić sama. Nawet nie sprawdzam, czy na kogoś można liczyć. Nie weryfikuję relacji. Domyślnie muszę sobie radzić sama.

Jeśli w głębi wierzysz, że musisz sobie radzić sama, to można by powiedzieć, że Twoja podświadomość jakby przyciąga osoby, które nie są dla Ciebie dostępne lub które w ogóle dla nikogo nie są dostępne emocjonalnie oraz takie osoby, na których nie można polegać. Nieświadomie potwierdzasz swoje przekonanie „i tak muszę sama”, więc wybierasz kogoś, kto w relacji nie będzie dawał wsparcia ani bliskości. I wszystko się zgadza. Wszystko jest w jak największym porządku, który oczywiście jest dla Ciebie trudny, stresujący, generujący pewnie mnóstwo smutku, złości, poczucia osamotnienia. Ale z pozoru się wydaje, że wszystko jest tak, jak ma być. Dokładnie tak, jak było całe Twoje życie. Być może zawsze miałaś poczucie, że musisz sobie radzić sama, więc teraz, wchodząc w relację z np. Mariuszem, nadal musisz sobie radzić sama i „wszystko się zgadza”, prawda? „Jest okej”.

Wtedy też nie zadajesz sobie w swojej głowie pytań. Czy ja w ogóle mogę na niego liczyć? Czy on naprawdę wspiera mnie w trudnych sytuacjach? Bo domyślnie nie masz co na niego liczyć i nie masz co oczekiwać wsparcia w trudnych sytuacjach. Nawet jeśli partner ma potencjał, by być wspierający, Twoje przekonanie powoduje dystans i nie pozwala mu się wykazać. On prawdopodobnie o wielu Twoich problemach nawet nie wie. W efekcie w relacjach pojawia się taki wzorzec, że Ty sobie radzisz sama, a on się nie angażuje – właściwie nawet nie ma szans się zaangażować. I Twoje przekonanie zostaje udowodnione i wzmocnione. To tworzy błędne koło, które trudno przerwać, dopóki przekonanie nie zostanie przepracowane.

I powiedzmy sobie szczerze, że sama chęć stworzenia relacji to za mało. Nawet miłość to za mało. Trzeba świadomie weryfikować partnera. Nie wymyślać jakichś sztucznych testów i nie oszukiwać, żeby sprawdzić, jak zareaguje. Na przykład: nie udawać, że ktoś z Tobą się umówił na randkę, żeby sprawdzić, czy on będzie zazdrosny, bo takie manipulowanie czyimiś emocjami to jest świństwo. Weryfikowanie partnera polega na tym, że mówisz mu o czymś, co jest dla Ciebie ważne i trudne, i sprawdzasz po prostu, czy jego reakcja będzie dla Ciebie wspierająca, będzie deprecjonująca, dobijająca, czy może nie będzie żadnej reakcji, co w sumie też może być deprecjonujące. Deprecjonujące, czyli sprawiające, że w rezultacie całej sytuacji czujesz się po prostu nieważna.

O tym weryfikowaniu na wstępie pisałam w moim e-booku „Jak się pochopnie nie zaangażować”. Myślę, że jest to jedna z podstawowych rzeczy, które warto zrobić już na samym początku relacji – po prostu sprawdzać, czy możemy na drugą osobę liczyć. A nie tylko się dopasowywać, spotykać w sztucznych sytuacjach, jak na pogawędkę w kawiarni, bo nikt tak przecież nie żyje na co dzień. Warto sprawdzać w realnych sytuacjach – w akcji, a nie statycznie, robiąc razem to, do czego jest Ci potrzebny drugi człowiek, co wolisz robić z kimś, a nie solo. Ale że ostatnio głównym przedmiotem – czy może podmiotem – zainteresowania tego podcastu nie jest Mariusz i toksyczne relacje, tylko Albert i to, jak stworzyć fajną, partnerską relację, to może skupmy się na tym, jak przekonanie, że „muszę sobie radzić sama” może sprawiać, że sabotujemy dobrą relację i co z tym zrobić.

Stary schemat wpędza w tryb walki lub przetrwania

Otóż w relacji z Albertem, w spotkaniach z Albertem, w różnych sytuacjach z Albertem, czyli kimś, kto jest taki dojrzały emocjonalnie i gotów na to, by zbudować prawdziwy związek – dobry i konstruktywny, taki gdzie można wspólnie się rozwijać i wzajemnie wspierać, to w takich relacjach to przekonanie, że „muszę sobie radzić sama” działa jak filtr percepcyjny i behawioralny, który może sprawić, że realna gotowość drugiej osoby, czyli w tym przypadku Alberta, do wspierania Ciebie, zostaje niezauważona, zdeprecjonowana, zdewaluowana i odrzucona. Mechanizm jest dość konsekwentny. Na przykład niewidzialność wsparcia – jeśli w tle działa „muszę sobie radzić sama”, to sygnały wsparcia są interpretowane jako mało istotne, oczywiste albo nie takie, jak trzeba. Stają się też nieważne. Osoba wspierająca może być postrzegana jako nadmiernie troskliwa, upierdliwa, zbyt spokojna, naiwna, niepociągająca, bo nie uruchamia znanego napięcia, jakie uruchamia Mariusz. Ta osoba nie wydaje się być żadnym wyzwaniem, bo ona po prostu wspiera. Może sprawiać wrażenie nudnej. I o tym już był odcinek – o tym, jak Albert może się wydawać nudny.

Kolejnym istotnym aspektem w relacji z Albertem jest to, że nie testujesz – o czym już wcześniej mówiłam, nie weryfikujesz relacji – i nie weryfikujesz też relacji z Albertem, więc nie wiesz, że on mógłby być wsparciem, gdybyś tylko mu powiedziała, że z czymś sobie nie radzisz albo coś jest dla Ciebie trudne. A zatem nie prosisz o pomoc, nie dajesz okazji do sprawdzenia danej relacji, po czym uznajesz, że „i tak byłabym z tym sama”. To nie jest weryfikacja, tylko utrzymanie przekonania.

Kolejna istotna rzecz w przypadku przekonania, że „muszę sobie radzić sama”, to taki dyskomfort przy zależności. Bo my często chcemy sobie radzić same, żeby nie być od nikogo zależną. I ktoś realnie gotowy wspierać wprowadza coś obcego – możliwość oparcia się. Czyli być może coś, czego nigdy w życiu nie doświadczyłaś. I jest to bardzo trudne. Nie wiesz, jak sobie z tym poradzić. Nie ufasz. Włącza się jakaś czujność, tryb awaryjny. Obserwujesz dokładnie, co się wydarzy. To jest tak niespotykane i dziwne, że po prostu przestajesz ufać człowiekowi przez to, że on chciałby Cię wesprzeć. Dla osoby z przekonaniem, że „muszę sobie radzić sama”, próba wsparcia z drugiej strony może okazać się zawstydzająca, zagrażająca autonomii i kojarzyć się z utratą kontroli. Wtedy pojawia się impuls, żeby zdystansować się, uciekać albo wręcz zakończyć relację.

Kolejna istotna rzecz: zamiana bezpieczeństwa na chemię dzieje się w naszych głowach. Czyli jeżeli jesteś przyzwyczajona do tego, żeby sobie radzić samej, to prawdopodobnie masz taki wzmożony poziom gotowości, też pewnie podniesiony poziom hormonów stresu w Twoim ciele. Jesteś po prostu w „trybie walki”. Być może w „trybie przetrwania”. I wsparcie wydawałoby się wtedy nudne. Ono jest kojące, ale my czasem nie odróżniamy w takich sytuacjach spokoju od nudy. Mieszamy spokój z nudą i w rezultacie unikamy spokoju, a dążymy do tego, żeby żyć w napięciu. I wsparcie wydaje się nudne dla naszego układu nerwowego, przyzwyczajonego do samotnego radzenia sobie. Brak huśtawek emocjonalnych bywa natomiast mylony z brakiem uczuć. I taki Albert zostaje spławiony, mimo że jest relacyjnie dojrzały, ponieważ nie generuje motyli w brzuchu, tylko „nudę”.

Zatem wierząc, że musisz sobie radzić sama, możesz odrzucić kogoś, kto faktycznie jest zdolny do bycia obok. Nie dlatego, że on nie pasuje, tylko dlatego, że nie pasuje do Twojego starego schematu przetrwania. Do takiego schematu, w zgodzie z którym żyjesz być może od zawsze i do którego skrupulatnie dopasowujesz sobie wszystkie relacje, które tworzysz.

 
 

Budowania murów też można się wyzbyć

I teraz zastanów się, co by się stało, gdybyś weszła w bliską relację z kimś, kto Ciebie naprawdę wspiera. Co by się mogło wydarzyć w Twoim życiu? A co by się mogło już więcej nie wydarzyć? Jeszcze ważna rzecz: często nie chcemy weryfikować relacji, bo tak bardzo się boimy, że okaże się, że to nie to, że wolimy nie sprawdzać. I nie liczymy na ludzi, żeby się nie zawieść. Bardzo się boimy zawodu. I o tym też w sumie pisałam w e-booku i mówiłam w odcinkach podcastu. Daj się zawieść, żeby sprawdzić relację i sprawdź, co on z tym zrobi. Jeżeli Cię zawiedzie, to znaczy, że to nie było to. Jeżeli Cię nie zawiedzie, to być może będzie to początek czegoś fantastycznego.

Warto natomiast pamiętać o tym, że wszyscy jesteśmy w takiej samej sytuacji. Wszyscy, żeby poznać człowieka, musimy jakoś zweryfikować relacje. I nam wszystkim – wszystkim ludziom – w równym stopniu grozi to, że zostaniemy odrzuceni, zawiedzeni, w jakiś sposób może oszukani, wystawieni do wiatru. To nie dotyczy tylko Ciebie – to dotyczy wszystkich. Wszyscy musimy sprawdzić. I mamy do wyboru w naszym życiu: albo budujemy mur wokół siebie, nie weryfikujemy relacji, więc też na nikogo nie liczymy – po prostu żyjemy w dystansie względem wszystkich napotkanych ludzi, otoczeni murem, albo usuwamy ten mur. Dajemy się zawieść i sprawdzamy, co będzie. Dajemy sobie dzięki temu szansę, że zbudujemy fajne, autentyczne i głębokie więzi.

Jeszcze doprecyzujmy, co to znaczy „muszę sobie radzić sama”. Bo tak jak mówiłam na początku, to wcale nie jest tylko o proszeniu o pomoc. To jest o okazywaniu słabości. To jest o mówieniu o tym, że:
– czegoś potrzebuję,
– z czymś sobie nie radzę,
– coś jest dla mnie trudne,
– czegoś nie chcę,
– czegoś chcę,
– o czymś marzę.
I jedni ludzie po prostu w tym wszystkim – lub w niektórych z wymienionych przeze mnie rzeczy – będą nas wspierali, a inni być może nawet nie wysłuchają do końca tego, o czym w ogóle mówimy. Albo może nawet, w najgorszym wypadku, nasze słabości obrócą przeciwko nam. Ale mamy wtedy podaną na tacy czerwoną flagę. Prawda?

Nowy rok nastał, więc może warto poweryfikować relacje wokół i sprawdzić, co się wydarzy. I też trochę popracować nad odróżnianiem nudy od spokoju i oczywiście nad przyzwoleniem na to, żeby sobie pozwolić liczyć na innych ludzi. To wszystko, co chciałam Wam opowiedzieć w tym odcinku. Sprawdzajcie, jak to u Was z tym przekonaniem „muszę sobie radzić sama” – „muszę sobie radzić sama ze wszystkim”, w dodatku. Być może będzie to temat do pracy u niektórych z Was. Ale da się tego pozbyć i wywalić to z głowy, pamiętajcie.

Dziękuję zatem za wysłuchanie tego odcinka. Jeśli masz ochotę sięgnąć po więcej moich treści, zajrzyj sobie w linki w opisie tego odcinka podcastu. Albo na stronę pokojwglowie.pl, tam znajdują się linki do mediów społecznościowych i transkrypcje wszystkich odcinków podcastu. Zasubskrybuj sobie też podcast „Pokój w głowie” w swojej ulubionej aplikacji podcastowej, aby nie przegapić kolejnych odcinków.

Koszyk