181: Cierpienie po odejściu nie jest dowodem miłości

W tym odcinku opowiadam o tym, dlaczego cierpienie po czyimś odejściu nie jest automatycznie dowodem miłości ani prawdziwej więzi. Przyglądam się temu, co dzieje się wtedy, gdy pozwalamy sobie odejść z relacji, a druga osoba nie chce nas puścić — i jak zupełnie inaczej rozegra to Mariusz, a jak Albert, bohaterowie wcześniejszych odcinków podcastu. 

Tłumaczę, czym różni się cierpienie po stracie partnerki jako osoby od cierpienia po utracie stabilizatora lub stymulatora emocjonalnego. Mówię o roli regulacji emocji w relacjach, o pułapce poczucia winy, o odpowiedzialności po rozstaniu oraz o tym, jak rozpoznać, czy czyjś ból wynika z refleksji i dojrzałości, czy raczej z lęku, nudy, zależności lub potrzeby kontroli. 

To odcinek, który pomaga zobaczyć różnicę między miłością a uzależnieniem od relacji i nie dać się wmanewrować w powrót do schematu, który nas ranił.  

Zapraszam Cię do Klubu Jestem Całością
https://pokojwglowie.pl/klub-jestem-caloscia/ 

Mini eBook „BHP w relacjach. Jak się pochopnie nie zaangażować”
https://pokojwglowie.pl/ebook-bhp-w-relacjach/

Kurs „Emocje to kompas”.
Teraz możesz przetestować fragment kursu za darmo przez 5 dni!
https://pokojwglowie.pl/kurs-emocje-to-kompas/

Opowiada: Kasia Iwaszczuk-Pudzianowska, psycholożka
Montaż: Katarzyna Pilarska, Polskie Radio S.A. (w likwidacji)
Transkrypcja: pomocdlafirmy.pl

W materiale użyto fragmentów utworu „Lobby Time” Kevin MacLeod (incompetech.com)
Licensed under Creative Commons: By Attribution 4.0 License
http://creativecommons.org/licenses/by/4.0/

181: Cierpienie po odejściu nie jest dowodem miłości

Witam w 181. odcinku podcastu „Pokój w głowie”. Dziś chciałabym porozmawiać o tym, w jaki sposób czasem – gdy już sobie pozwolimy odpuścić jakąś relację – ta druga osoba może nie pozwalać nam odejść. Jak to rozegra Mariusz, a jak to rozegra Albert, czyli bohaterowie wcześniejszych odcinków tego podcastu? W jaki sposób Różę będzie próbował zatrzymać Mariusz? A w jaki sposób zatrzymać ją będzie próbował Albert?

Nazywam się Kasia Iwaszczuk-Pudzianowska i jestem psycholożką, która od wielu lat pracuje z dorosłymi, prowadząc terapię.

Cierpienie a metamorfoza

Wróćmy na chwilę do momentu, kiedy Róża kopnęła toi toia (odcinek 169. tego podcastu), czyli pozwoliła sobie po prostu odpuścić relację z Mariuszem. Pozwoliła sobie na to, by odpuścić uwikłanie w różne problemy, które on generuje. Pozwoliła sobie odpuścić też czekanie na niego, na jakiś gest, na chęć budowania bliskości, budowania relacji z jego strony, też planowania i budowania przyszłości. Postanowiła to zostawić, kopnąć. I poszła sobie dalej. I teraz zobaczcie – są różne rodzaje Mariuszów. Jeden Mariusz po prostu puści ją wolno, oleje sprawę i nigdy się nie pokaże albo może czasami napisze „heja, co tam?”. Ale są też tacy Mariusze, którzy o Różę będą „walczyć”. I dla kontrastu jeszcze za chwilę porozmawiamy o tym, co na miejscu tego Mariusza zrobiłby Albert.

Zacznijmy od tego, że jeśli ktoś cierpi po Twoim odejściu, to wcale nie jest to oznaka miłości. Cierpienie nie jest dowodem miłości ani więzi. Ktoś może cierpieć, kiedy Cię nie ma, a jednocześnie nie widzieć Twoich granic, ranić Cię w sposób powtarzalny, nie interesować się tym, co czujesz, i nie regulować swoich impulsów. I być może to oznacza, że cierpi z powodu braku dostępu do regulacji. Ty byłaś regulatorką jego emocji. Byłaś takim buforem. Byłaś lekiem. Byłaś może trochę takim tabletem, który odwracał uwagę od tego, kiedy on chciał marudzić, zrzędzić i płakać. Jak to dzieciom czasami dają rodzice, na przykład w restauracji, żeby nie przeszkadzały. Za pomocą urządzeń elektronicznych dziecko wprowadza się w stan hipnozy, żeby mieć chwilę spokoju. I ono wtedy milczy, wpatruje się w ekran, nie reaguje na żadne bodźce zewnętrzne. Po prostu, tak jakby go nie było. Fizycznie jest, ale mentalnie go nie ma. No i być może Ty jesteś dla Mariusza takim urządzeniem. Jesteś jego regulatorem. Jesteś jego urządzeniem elektronicznym. Wprowadzasz go w stan hipnozy, dzięki czemu on nie przejmuje się tym, co się dzieje dookoła. Nie jest obecny w innych sytuacjach, które by mogły dla niego być nieprzyjemne, nudne.

Jeśli taki Mariusz bardzo cierpi po Twoim odejściu, ale nadal Cię rani – albo wcześniej, kiedy próbowałaś odejść, to i tak Cię ranił, to cierpienie nie dotyczy Ciebie, nie dotyczy Twojej podmiotowości. Jeśli czyjeś zachowanie w relacji systematycznie Cię rani, to jego cierpienie po Twoim odejściu nie jest dowodem, że brakuje mu Ciebie jako człowieka, że Ciebie zna, dostrzega, widzi Twoje granice, widzi, kim jesteś i dlatego cierpi. Natomiast może być tak, że cierpi z powodu swojej własnej niestabilności, swoich własnych deficytów w regulacji emocji, z powodu lęku przed odrzuceniem, który właśnie został aktywowany i spełnił się najczarniejszy scenariusz. Ale nie chodzi o to, że Ciebie nie ma, tylko że on został odrzucony. A bardzo nie chce być odrzucony. Nawet przez osobę, którą może gdzieś tam gardzi. No i utrata kogoś, kto amortyzował jego różne nieprzyjemne stany. Twoja obecność zmniejszała jego cierpienie, a Twoja krzywda była takim kosztem akceptowalnym.

I można powiedzieć, że tutaj współwystępują – jakby na dwóch poziomach – takie tendencje, które wydawałoby się, że są właściwie sprzeczne, ale jednak mogą być ze sobą kompatybilne. Czyli z jednej strony „źle mi, kiedy Cię nie ma”, ale z drugiej strony „nie biorę odpowiedzialności za wpływ, jaki mam na Ciebie – nie biorę odpowiedzialności za to, że: powoduję, że się źle czujesz, podcinam Twoją samoocenę, jestem dla Ciebie toksyczny, nie biorę za to odpowiedzialności, ale jednocześnie chcę bardzo wyraźnie pokazać, że jest mi źle, kiedy Cię nie ma”. Pamiętajmy o tym, że my oczekujemy, że ten Mariusz, kiedy już tak pocierpi, to on przejdzie jakąś wielką metamorfozę i stanie się innym człowiekiem. Niestety, cierpienie nie generuje automatycznie odpowiedzialności moralnej za swoje wcześniejsze postępowanie, za swoje słowa, za swoje czyny. Nie generuje. Oczywiście, niektórzy mogą dostać kopa w tyłek, ogarnąć się i rzeczywiście przejść jakąś przemianę. Natomiast ogólnie rzecz biorąc, nie ma co tego się spodziewać, bo to się nie dzieje w większości przypadków Mariuszów.  Tym bardziej to, że ktoś cierpi po rozstaniu, nie oznacza, że masz obowiązek wracać, tłumaczyć się w nieskończoność, cokolwiek wyjaśniać i nie sprawiać mu bólu, jeśli jedynym sposobem na to jest pozwalanie na dalsze ranienie siebie samej. Odpowiedzialność w relacji jest obustronna – podzielona na pół.

Nie przepracujesz za kogoś jego emocji

Co to znaczy, że ktoś jest dla kogoś drugiego stabilizatorem emocjonalnym? Otóż bycie takim stabilizatorem emocjonalnym oznacza, że jedna osoba w relacji pełni funkcję regulatora dla drugiej osoby. Innymi słowy: pomaga tej drugiej osobie utrzymać względną równowagę emocjonalną, często bez świadomego zamiaru lub zgody. To działa trochę jak podpora w układzie nerwowym. Obecność tej osoby zmniejsza napięcie, lęk lub niepokój drugiej strony. Na różne sposoby. Jak to wygląda w praktyce? Na przykład ktoś, kto jest stabilizatorem, może łagodzić huśtawki emocjonalne partnera swoim spokojem, uwagą, opieką, reakcjami empatycznymi, też działaniami, które podejmuje, może wyręczaniem w jakichś sytuacjach, podejmowaniem działań za tę „cierpiącą” osobę. Obecność tego stabilizatora sprawia też, że druga osoba czuje się mniej zagrożona, spokojniejsza, mniej impulsywna.

I teraz zastanówmy się, dlaczego w ogóle to bywa problematyczne. Prawda? Bo wydawałoby się, że to jest fajnie być tak empatycznym w relacji. Problem polega na tym, kiedy to jest jednostronne, niesymetryczne – jedna osoba stale jest tym stabilizatorem, a druga z tego czerpie. I raczej nie bywa na odwrót. Trochę tak jak w relacji rodzic z dzieckiem, gdzie dziecko jest niedojrzałe emocjonalnie i potrzebuje rodzica jako wsparcia, żeby chociażby sobie poradzić ze swoimi emocjami, ze swoją złością. Taki stabilizator może czuć się odpowiedzialny za emocje drugiej osoby, co prowadzi do wypalenia, poczucia winy, braku granic. To jest taka niekończąca się praca. Zauważcie, że jeżeli mamy relację rodzic – dziecko, to to dziecko się rozwija, dojrzewa i już nie potrzebuje aż tak ogromnego wsparcia w radzeniu sobie z trudnymi emocjami, jak wtedy, gdy miało np. trzy lata. Prawda? U dzieci jest progres. Tak przynajmniej ma to wyglądać z założenia, że one się rozwijają. Tak samo uczą się chodzić, mówić, jeździć na rowerze. Najpierw potrzebują dużego wsparcia, a potem potrzebują małego wsparcia albo żadnego wsparcia, aż w końcu sobie idą w świat. Tak wygląda normalna, klasyczna relacja rodzic – dziecko, jeżeli tam wszystko jest okej.

Natomiast w takiej relacji stabilizator kontra dorosła osoba, która sobie nie radzi sama ze sobą, to jest niekończąca się praca. Tam nie ma żadnego progresu. Ten stabilizowany człowiek ciągle powtarza to samo. Tam nie dzieje się nic na plus. Nie ma w ogóle nadziei na rozwój. I dlatego to może być bardzo wyczerpujące i wypalające. No i w skrajnych wypadkach tak to może wyglądać, że ten parasol emocjonalny, czyli stabilizator, bierze na siebie każdą burzę, a osoba korzystająca z tego parasola nigdy nie uczy się samodzielnej regulacji. I tak sobie żyją.

I teraz się zastanówmy, jak jest w dobrej relacji – takiej dojrzałej, partnerskiej, gdzie mamy do czynienia z dwiema dorosłymi osobami, dojrzałymi emocjonalnie. Otóż w tej sytuacji obie osoby bywają dla siebie stabilizatorami emocjonalnymi, ale ogólnie to każdy jednak ogarnia siebie i swoje emocje sam. I nie jest tak, że jak druga osoba nagle wyjechałaby na drugi koniec świata na bezludną wyspę bez kontaktu, to ten pierwszy straci kontrolę nad swoim życiem i się rozpadnie na kawałki. Taka dojrzała relacja jest dwustronna, elastyczna. Nikt nie jest zależny od drugiej osoby w sensie przetrwania emocjonalnego. To nie jest tak, że ktoś zniknie, więc tamten nie przetrwa. Kiedy w takiej relacji jedno doświadcza silnych emocji, drugie może zaoferować wsparcie, słucha, empatyzuje, pomaga spojrzeć na sytuację inaczej, pomaga spojrzeć na chłodno, ale nie przejmuje całkowicie odpowiedzialności za emocje i też działania partnera. I cechy takiej stabilizacji w zdrowym układzie to: świadome granice, każda osoba zna swoje limity, komunikuje je. Samoregulacja obustronna oczywiście, czyli emocje są najpierw „obrabiane” w sobie, a nie od razu przerzucane na partnera. Te cechy to także wzajemna empatia i wzmacnianie niezależności. Każda osoba ma swoje strategie radzenia sobie z trudnościami – hobby, sieć wsparcia społecznego.

Refleksja czy dramatyzowanie?

Teraz, wracając do Mariusza, czyli też wracając do tego, od czego zaczęłam ten odcinek – jak odróżnić Mariusza od Alberta, kiedy cierpi po Twoim odejściu, kiedy cierpi po odejściu Róży? Co powie Mariusz, a co powie Albert? Sposób, w jaki ktoś reaguje po naszym odejściu, jest najlepszym wskaźnikiem. Czy jego cierpienie wynikało z rzeczywistej więzi i refleksji nad relacją, czy może z uzależnienia od funkcji, jaką pełniliśmy, czyli uzależnienia od stabilizatora. I Mariusz powie: „ja cierpię”. Cierpienie jako reakcja egoistyczna, egocentryczna i taka funkcjonalna. I to jego cierpienie koncentruje się na jego własnym dyskomforcie: na pustce, na lęku, na frustracji, na potrzebie kontroli nad stabilizatorem. Może przyjmować formy: „nie mogę bez Ciebie żyć”, „czuję się zagubiony”, „dlaczego mnie zostawiłaś?”. W tym przypadku kogoś boli brak stabilizatora, a nie strata osoby jako partnerki, jako podmiotu. To jest wtedy takie bardziej przedmiotowe. Jest to często reakcja osób, które nie przepracowały własnych emocji, nie potrafią przepracować własnych emocji, nie potrafią się regulować samodzielnie. Może mają lękowy lub unikający styl przywiązania.

Natomiast Albert powiedziałby: „straciłem wyjątkową osobę”. Jego cierpienie będzie powiązane ze świadomą refleksją nad relacją. Albert powie: „rozumiem, dlaczego odeszłaś, na Twoim miejscu też bym zostawił sam siebie po tym, jak Cię potraktowałem, po tym, jak się zachowywałem, rozumiem i akceptuję to, że odeszłaś, ale oczywiście chciałbym, żebyś wróciła”. Tutaj cierpienie jest związane z docenieniem wartości relacji z Różą i tego, co Róża wnosiła w jego życie. Słowa i zachowania Alberta wskazują, że „zrozumiałem, że obecność Róży była nie tylko wygodna, ale naprawdę cenna – będzie mi jej brakować w sensie emocjonalnym, partnerskim”. I widzi Różę jako odrębny podmiot, a nie wyłącznie źródło własnego komfortu. Osoba w tym stylu przeżywa stratę, ale nie staje się toksycznie zależna. Może zaakceptować decyzję, nawet jeśli to boli.

Więc jeśli na przykład masz aktualnie do czynienia z kimś, kto cierpi po Twoim odpuszczeniu sobie relacji z nim, to przyjrzyj się temu, czy jego słowa wiążą się głównie z narzekaniem, wywieraniem na Ciebie presji, żalem i poczuciem jego krzywdy, czy może jest to uznanie Twojej wartości, wartości Waszej relacji, refleksja nad tym, co utracił. I to jest wtedy taka dojrzała i partnerska reakcja.

Czasami może być też tak, że ktoś mówi „cierpię”, a tak naprawdę oznacza to też „nudzę się”. Czyli mówimy w tym przypadku nie tylko o roli stabilizatora, ale też takiego stymulatora. „Nudzę się, bo nie mam się z kim pokłócić, bo nie ma dramatów, bo nie ma huśtawek emocji, spadek intensywności, brak bodźców, zanik napięcia, do którego byłem przyzwyczajony”. Oczywiście będzie to stan bardzo bliski nudzie, pustce, irytacji, ale oczywiście będzie też nazwany cierpieniem. I kolejne „oczywiście” – to cierpienie jest prawdziwe. Dlatego przypomnę tutaj raz jeszcze, że to, że ktoś cierpi po Twoim odejściu, nie oznacza, że Cię kocha. Poza tym ten człowiek może nie ma języka, słów wystarczających do opisu nudy emocjonalnej i właśnie dlatego mówi, że cierpi. Nuda po czyimś odejściu nie wzbudziłaby społecznie raczej żadnych pozytywnych emocji wobec tego znudzonego. Natomiast cierpienie oczywiście wzbudza współczucie i też chęć dawania wsparcia temu cierpiącemu. No i łatwiej wzbudzić czyjeś poczucie winy, mówiąc, że cierpię.

Może być tak, że w takim przypadku tak naprawdę mamy do czynienia z głodem dopaminowym, potrzebą intensywnych emocji wynikających z konfliktów, dramatów, naprawiania, uzależnienie od huśtawek emocjonalnych. I wtedy można powiedzieć, że druga osoba nie była partnerem, tylko źródłem pobudzenia i być może regulacji. Natomiast jej odejście powoduje zjazd, który subiektywnie bywa przeżywany jako cierpienie.

Jak to odróżnić od rzeczywistego poczucia straty? Warto się przyjrzeć, czy ten odrzucony mówi o sobie samym, czy o Tobie, że Ciebie utracił. Czy tęskni za konkretnymi Twoimi cechami, za Waszą relacją, za tym, co robiliście razem, za Waszymi planami, za drogą, w której byliście razem, czy za tym, jak się czuł lub jak się nie czuł? Czy po odejściu pojawia się może jakaś refleksja, zmiana, czy raczej impulsywne próby odzyskania kontaktu, prowokacje, dramatyzowanie? Jeśli dominuje chaos, presja, brak refleksji, to zwykle nie jest to żałoba po relacji, tylko reakcja na deprywację bodźców. Język potoczny natomiast miesza cierpienie, lęk, nudę, frustrację i pustkę. I naprawdę, jak ktoś mówi, że cierpi, to my musimy się ze świadomością i empatią tak naprawdę przyjrzeć, na czym to cierpienie polega. Jeżeli chcemy pomóc temu człowiekowi – teraz nie mówię o sytuacji, kiedy żeśmy sobie odpuścili jakąś toksyczną relację – to jednak z empatią musimy podejść do osoby cierpiącej, żeby w ogóle wiedzieć w jakim kierunku tutaj próbować trafiać, interweniować, szukać tej pomocy, działać. Bo „cierpię” może oznaczać miliony rzeczy.

Wsparcie bez wyręczania

I teraz tak na podsumowanie. Co powie Mariusz po odejściu Róży? On generalnie będzie koncentrował się na swoim stanie i będzie mówił o sobie: „ja cierpię, zostawiłaś mnie, kiedy było mi najgorzej, nie wiem, co mam teraz ze sobą zrobić, bez Ciebie wszystko się rozsypało – jak mogłaś mi to zrobić?”. Jeśli mówi o Róży, to zwykle w kontekście tego, co dla niego robiła, jak go uspokajała, jak dawała mu sens, strukturę, emocje. Jego narracja będzie skoncentrowana na braku regulacji, pełna pretensji lub dramatyzmu i pozbawiona realnej refleksji nad tym, jak ją ranił. Niestety. I to jest cierpienie po utracie stabilizatora lub stymulatora emocjonalnego. Nie jest to cierpienie po stracie partnerki jako odrębnej osoby.

Natomiast co po odejściu Róży powie Albert? On powie: „straciłem wyjątkową osobę, dużo myślę o tym, co było między nami, widzę te rzeczy, których wcześniej nie widziałem, rozumiem, dlaczego odeszłaś, żałuję, że nie potrafiłem być lepszym partnerem”. Jego narracja będzie uznawała podmiotowość Róży – będzie zawierała odpowiedzialność za własne zachowania. Nie będzie też próbował wciągać Róży w poczucie winy. Raczej będzie trzymał się tego, że to on jest winny, jeżeli schrzanił oczywiście – jeżeli rzeczywiście się zachowywał w toksyczny, „mariuszowy” sposób. Teraz właściwie to podaję taki przykład Alberta, który chyba wcześniej był Mariuszem, prawda? No bo jak ktoś od początku był Albertem, to pewnie nie narobi tylu świństw, żeby dać powód Róży do odejścia. Natomiast czasami zdarzają się jakieś cuda. Nie jest to normą. Tak jak mówiłam wcześniej, tego raczej bym nie oczekiwała. Podaję przykład, co by powiedział Albert, żebyście wiedziały, jak nie dać się wmanewrować właśnie w poczucie winy i wspieranie cierpiącego po Waszym odejściu. Wiedziały, jak rozpoznać, że w sumie to tam chyba nic się nie zmieniło, mimo że on tak spektakularnie cierpi. Natomiast jeśli rzeczywiście doszło do tego, że on jakąś wielką przemianę przeszedł, to skoncentruje się na tym, co utracił, co schrzanił i po prostu weźmie za to odpowiedzialność, zamiast gadać jedynie o tym, jak sam cierpi.

I tak sobie jeszcze myślę na koniec, że pomoc może oznaczać zupełnie różne rzeczy. Możemy pomóc komuś, dając mu wędkę chociażby albo nawet czasami może i zostawiając go z jakimś problemem, żeby rozwinął skrzydła i ogarnął to sam, pozwalając mu na to, żeby sobie sam z czymś poradził. Albo możemy pomagać, wyręczając człowieka w zrobieniu czegoś. Jeżeli wyręczamy kogoś w poradzeniu sobie z jego własnymi emocjami, a jest to dorosła osoba, to raczej nie będzie to konstruktywne ani dla niego, ani dla Ciebie. Wyręczanie jest formą pomocy tylko w specyficznych sytuacjach, kiedy ktoś np. jest chory i nie może. Natomiast wyręczanie zdrowej, świadomej osoby w jej radzeniu sobie z jej emocjami, a w dodatku dorosłej osoby, która mogłaby pracować nad swoim rozwojem emocjonalnym, ale z jakichś powodów tego nie robi – chociażby z takich powodów, że Ty go wyręczasz w radzeniu sobie z tymi emocjami, to będzie właśnie raczej męczące, trudne, wypalające dla Ciebie i będzie to nieskończona praca. Poza tym, wyręczanie uczy bezradności. To jest taka prosta zależność. Oczywiście jeśli ktoś leży chory na grypę, to wyręczcie go w gotowaniu rosołu i kupowaniu leków.

Wspierajmy się zatem w bliskich relacjach bez przesady w wyręczaniu. Wspierajmy się w rozwijaniu skrzydeł, bo też po to nam są bliscy ludzie, żeby każdy z nas mógł mieć spokój, równowagę i bezpieczną bazę, dzięki której może sobie radzić z wyzwaniami świata zewnętrznego.

Dziękuję za wysłuchanie tego odcinka. Jeśli masz ochotę sięgnąć po więcej moich treści, zajrzyj sobie na stronę pokojwglowie.pl albo poklikaj linki w opisie tego odcinka. Zasubskrybuj sobie też podcast „Pokój w głowie” w swojej ulubionej aplikacji podcastowej, aby nie przegapić kolejnych odcinków.

Koszyk