2: Emocje to kompas

Witam w drugim odcinku podcastu „Pokój w głowie”.


Ten odcinek nagrywam w Warszawie, a za oknem, mimo że jest lato, jest jedynie 16°C. Jest to podcast psychoedukacyjny. W tym odcinku opowiem, jak to się stało, że zaczęłam nadawać duże znaczenie emocjom, że emocje są tematem mojej pracy, oraz o realistycznym marzeniu, które jest powodem nagrywania tego podcastu.

Nazywam się Kasia Iwaszczuk-Pudzianowska i jestem psycholożką, która od wielu lat pracuje z dorosłymi, prowadząc terapię.

„Kasia jest oazą spokoju, ona się nigdy nie denerwuje” – powiedział kiedyś mój kolega, przydzielając mi najbardziej beznadziejną funkcję z całej grupy, gdy dzieliliśmy się rolami związanymi z przygotowaniem jakiegoś żeglarskiego rejsu. Niektórzy wtedy w tej grupie wyrazili zdziwienie brakiem mojej reakcji – ja natomiast byłam dumna z tego, że nie czuję złości wtedy, kiedy naprawdę powinnam poczuć tę złość. Myślę, że wtedy nie byłam żadną oazą, tak na serio, bo w środku emocje się we mnie kotłowały. Aby sobie z nimi radzić, zajadałam np. czekoladowe batoniki albo inne smaczne rzeczy. 

Oczywiście to nie było tak naprawdę żadne radzenie sobie z emocjami, tylko zagłuszanie tych emocji. Muszę przyznać, że w tamtym czasie nie miałam pojęcia o moich emocjach, mimo że studiowałam psychologię. Emocje to była dla mnie czarna magia. Wydawało mi się, że radzenie sobie z emocjami to po prostu myślenie tam, gdzie powinnam coś czuć. Zastępowanie emocji myśleniem – a to w ogóle w ten sposób nie działa. Dostrzegałam wtedy tylko spektakularne emocje – nie dawałam sobie prawa do złości, nie dawałam sobie prawa do tego, żeby się bać – wydawało mi się, że w ten sposób będę silna, ale tak naprawdę to w głębi czułam się bardzo słaba.

Po dość niedługim czasie od tego wydarzenia trafiłam na terapię grupową. Trochę przypadkowo, ponieważ poszłam na staż do pewnego ośrodka psychoterapii i tam szef tego ośrodka zapytał, czy ja brałam już udział w mojej własnej terapii. Powiedziałam, że nie, więc on zapytał, czy chciałabym w takim razie u nich przejść tę terapię, więc powiedziałam, że oczywiście. 

I tak właśnie trafiłam na terapię do grupy. Była to grupa około 10 osób. Terapia trwała aż 10 tygodni i zajmowało to kilka godzin dziennie – od 8.00 do 13.00. Mieliśmy takie spotkania, że siedzieliśmy w kole na krzesłach, ale była też arteterapia, muzykoterapia i fantastycznie to wspominam – to była taka jedna z moich najciekawszych podróży, która bardzo dużo mi dała nowych spojrzeń na wiele spraw i pozwoliła naprawdę poznać siebie samą. 


Myślę, że dzięki temu przede wszystkim byłam gotowa, żeby robić w pracy to, co robię, żeby w ogóle się zająć terapią. Myślę, że terapeuta bez terapii własnej to w ogóle chyba do niczego się nie nadaje. Tym bardziej, że moim zdaniem każdy ma coś do przepracowania tak naprawdę, ponieważ nawet jeżeli na dzień dzisiejszy przerobię dosłownie wszystko – załóżmy tak idealistycznie, że przeanalizuję dosłownie wszystko i wszystko sobie poukładam, co do czego miałam wątpliwości i co jakkolwiek negatywnie wpływało na mój nastrój – to za 3 dni to już może być nieaktualne. Dlatego, że my się rozwijamy i to, co dzisiaj jest dla mnie ok, jutro już pewnie nie będzie ok – ja będę miała trochę inne potrzeby, za rok będę miała jeszcze inne potrzeby, a za trzy lata już będę miała totalnie inne potrzeby. I tak naprawdę my na każdym etapie rozwoju musimy sobie analizować różne rzeczy i dopasowywać do siebie, swoje punkty widzenia znajdować i jakoś to wpasowywać w swój system wartości. 

No więc jak trafiłam wtedy na tę terapię, to wydawało mi się w tamtym czasie, że ok, przejdę tę terapię – wiedziałam, że to jest ważne, jeżeli chce się pracować w psychoterapii – natomiast mi w tamtym czasie wydawało się, że ja właściwie to nie mam nic do pracy. Tylko że pojawił się taki zgrzyt na początku, że ta grupa terapeutyczna stwierdziła, że oni to tak średnio się trochę czują z tym, że ja do nich dołączyłam, bo się trochę czują jak króliki doświadczalne. To mi dało do myślenia, bo ja zaczęłam się zastanawiać nad tym, o czym ja bym chciała rozmawiać z nimi. No i powiedziałam, że ja czuję czasem niepokój nieadekwatny do sytuacji: zdarza mi się czuć smutek, nie wiedzieć dlaczego, czy nastrój depresyjny. Zdarza mi się czuć lęk, gdy idę po zakupy do sklepu spożywczego. Pokazałam im, że też zdarza mi się, i to nawet dosyć w tamtym czasie, zupełnie nie radzić sobie z moimi własnymi emocjami i nie wiedzieć, z czego one wynikają. 

No i okazało się, że ja w ogóle nie różnię się niczym od tych ludzi i że mam takie same problemy jak oni, i że właściwie mam tyle samo do przepracowania, co oni – co było zaskakujące właściwie dla mnie także. I któregoś razu była taka sytuacja, która właściwie pierwszy raz mi pokazała, kiedy ja w ogóle czuję złość, co jest bardzo ważne, myślę, że każdy z nas powinien swoją złość dostrzegać, kiedy jest natężona w bardzo małym stopniu, bo dzięki temu wiemy, kiedy zachować się asertywnie. Więc zawsze po weekendzie w tej grupie terapeutycznej każdy opowiadał, jak mu minął weekend, i kiedy nadeszła moja kolej, koleżanka powiedziała: “Kasia, przepraszam, ale Ty nie opowiesz teraz o swoim weekendzie, bo ja mam coś do powiedzenia”. I to było coś takiego, że ona się zbierała już od bardzo dawna, żeby coś tam opowiedzieć i w końcu po prostu w momencie, gdy ja zaczynałam mówić, ona po, nie wiem, trzech tygodniach powiedzmy rozważania, czy powiedzieć, czy nie powiedzieć, zdecydowała się mówić. Więc ja się zaśmiałam, trochę się ucieszyłam, że ona się wreszcie zdecydowała no i oddałam jej głos. Ale terapeuta tak łatwo nie przeszedł z jednej wypowiedzi do drugiej, bo zaczął drążyć: co ja czuję? Więc ja mówiłam, że to było trochę śmieszne i właściwie to nic innego nie czuję, tylko wydawało mi się to trochę śmieszne i właściwie to nawet się ucieszyłam, że ona chce opowiadać. Ale on tak drążył i drążył i to w sumie to drążył przez trzy dni, że zrozumiałam, że oprócz tego, że to było trochę śmieszne, i oprócz tego, że ja się ucieszyłam, że ona chce opowiadać, to zrozumiałam też, że gdzieś tam w głębi ja poczułam minimalną złość na nią, ale jednak ta złość była – dlatego, że ona mnie nie zapytała, czy mogę opowiedzieć, tylko po prostu wydała takie zarządzenie, że: „Kasia, Ty nie opowiesz teraz”. 

To było dla mnie odkrywcze, bo to było takie moje pierwsze spotkanie z moją własną złością, kiedy ona nie była spektakularna. Dzisiaj już o wiele łatwiej jest mi dostrzec takie małe sygnały, dlatego, że wiem, że należy na nie zwracać uwagę, a w tamtym momencie jeszcze nie wiedziałam. Ja chciałam być oazą spokoju i byłam dumna z bycia oazą spokoju, co równało się często negowaniu przed sobą samą moich własnych emocji. Ale właśnie w momencie, kiedy przestałam negować te emocje, to moje życie stało się o wiele łatwiejsze. 

Tak naprawdę mam na bieżąco wskazówki z mojego wnętrza płynące co do tego, co jest dla mnie dobre, a co nie jest dobre, kiedy coś zmienić, kiedy zachować się asertywnie, kiedy poszukać innych rozwiązań i tak dalej. I myślę, że każdy z nas absolutnie najlepsze podpowiedzi w swoim życiu na temat siebie samego i swoich wyborów może uzyskać wsłuchując się w siebie, w sygnały z siebie. Tylko, że my jesteśmy tak naprawdę w ciągu naszego życia nauczeni ignorować swoje własne emocje, no bo grzeczne dziecko to przecież jest takie, które nic nie czuje, nigdy się nie złości, milczy, mówi tylko na zawołanie, nie okazuje emocji i jest uległe. Więc my chcemy być tymi grzecznymi dziećmi. Szczególnie jak jesteśmy dorośli łatwiej nam jest zapanować nad sobą, więc już w ogóle dążymy do tego, żeby być tymi grzecznymi dziećmi. Negujemy swoje własne emocje i udajemy, że nasza złość w ogóle nie istnieje, do momentu, aż eksplodujemy często.

Tylko, że ta eksplozja może nastąpić w niewłaściwym momencie, wobec nie tej osoby, wobec której powinna i stracimy kontrolę i to nie będzie miało nic wspólnego wtedy z asertywnością. Więc każdemu łatwiej by się żyło, gdyby widział swoje emocje, gdy są one lekko natężone i każdemu by się łatwiej żyło, gdyby nie usiłował być grzecznym dzieckiem. I to jest tak naprawdę droga do tego, żeby być szczęśliwym. Bo myślę, że celem każdego człowieka jest czuć się dobrze i czuć się spełnionym w swoim życiu.

Więc dobrze możemy się czuć, jeżeli będziemy wykonywali codziennie pewną pracę na rzecz siebie samych, między innymi dbali o własne samopoczucie, o własne emocje i dostrzegali te emocje. 

I właśnie, kiedy jesteśmy już przy temacie szczęścia, to myślę, że czas powiedzieć o tym nierealistycznym marzeniu, które jest przyczyną nagrywania tego podcastu. 

Otóż, ja bym chciała, żeby na świecie nie było samotnych i nieszczęśliwych dzieci. Żeby nie było tych wszystkich ludzi, którzy przychodzą do mnie na terapię. Ale nie było w takim sensie, żeby oni nie mieli takiej przeszłości, jaką mają, która sprawiła, że potem potrzebowali mojej pomocy. A tak naprawdę, po tych wszystkich latach pracy z dorosłymi ludźmi, mój wniosek jest taki, że najgorsze właściwie dla nas doświadczenie to jest samotne dzieciństwo. Nawet często nie przemoc, paradoksalnie, psychiczna lub fizyczna, tylko właśnie samotność. Samotność szczególnie wobec przemocy oczywiście, natomiast samotność bez przemocy też jest bardzo trudnym doświadczeniem, ponieważ dzieci potrzebują sobie wyjaśniać, dlaczego są samotne, i w ogóle sobie potrzebują wyjaśniać wszystko, co się wokół nich dzieje. A jeżeli nie potrafią racjonalnie uzasadnić jakichś sytuacji, albo ktoś inny im tych sytuacji nie uzasadni, to dzieci szukają przyczyn w sobie. 

Wszyscy ludzie, którzy mieli samotne dzieciństwo, jakoś sobie to musieli sami uzasadnić, że są tak samotni. No i właśnie wytworzyli sobie takie przekonania na temat siebie samych, że nie zasługują na miłość, że są nieważni, że są gorsi. I takie osoby właśnie trafiają na terapię. A myślę, że mnóstwo jest ludzi, którzy również mają takie przekonania, którzy nigdy nie trafią na terapię. Albo trafią za wiele lat, gdy mogliby już przepracować sobie różne rzeczy wcześniej i tak bardziej na luzie też żyć. 


Moim marzeniem jest, żeby wszystkie dzieci czuły się dobrze i były kochane i żeby nie były samotne. Żeby dla wszystkich dzieci ktoś miał miłość do zaoferowania. A żeby tak było, to wszyscy dorośli, którzy decydują się świadomie, podkreślam – świadomie – na rodzicielstwo, muszą być gotowi na to, żeby ofiarować też miłość swojemu dziecku. A jeśli nie są gotowi, to pewnie potrzebują pracy nad sobą, żeby tę gotowość mieć. 


Chcę dzielić się swoją wiedzą wynikającą z mojego doświadczenia z lat pracy z ludźmi, po to, żeby jak najwięcej osób mogło tę wiedzę dostać za darmo w formie podcastu na przykład. I żeby ta wiedza jak największej ilości osób się przydała do jakichś refleksji, przemyśleń, rozwoju – na wypadek, gdyby oni sami mieli zostać rodzicami, mieli za zadanie zapewnić dobre dzieciństwo jakiemuś dziecku, albo mieli też wpływ na dzieciństwo nie swojego dziecka. Bo to dorośli budują dzieciństwo dzieciom. 

I to by było na tyle, jeśli chodzi o drugi odcinek podcastu psychoedukacyjnego „Pokój w głowie”. 

Teraz materiały do montażu powierzam specjalistce i pasjonatce tego tematu – Katarzynie Pilarskiej, która powstawia tu dla Was jakiś fajny jazz. 

Do usłyszenia w kolejnym odcinku.


Opowiadała Kasia Iwaszczuk-Pudzianowska, psycholożka.

Shopping Cart